23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2007-12-01
Spory o nazwy
Wojna polsko-ukraińska czy rzeź, antypolska akcja czy ludobójstwo?
"Żelazny krzyż" Ukraińskiej
Powstańczej Armii
W historii można znaleźć wiele konfliktów o nazwy. Opinie różnią się często, w zależności od reprezentowanej strony. To co dla jednych było powstaniem, dla innych mogło być zdradą. Prawidłowość niektórych terminów da się osądzić na korzyść jednej strony, inne będą zawsze w sferze różniących się poglądów. Naturalne są różne punkty widzenia, chyba że któryś z nich zaprzecza zdrowemu rozsądkowi i argumenty jednej strony są niewątpliwie rozsądniejsze. To zresztą i tak wcale nie musi drugiej strony przekonać. Rozsądek i zrozumienie są tu jednak najbardziej potrzebne.
Rosjanie mogą nazywać powstanie listopadowe czy styczniowe zdradą...
Ci jednak, którzy tak uważają nie zwracają uwagi, że zdradzić można tylko wtedy, jeśli ktoś znajduje się w jakiejś grupie z nieprzymuszonej woli, później zaś zmienia niespodziewanie front. Jeśli carska Rosja wprowadziła swoje rządy na polskich ziemiach przemocą, to jakimi zdrajcami są polscy powstańcy?

Polacy uważają za zdrajcę Janusza Radziwiłła, który pragnął rozdzielić Litwę od Korony, litewscy historycy nierzadko za bohatera narodowego, tego próbującego wskrzesić „niezależność Litwy”. Historycy polscy mogą zadać pytanie, co Janusza Radziwiłła do takiego czy innego działania zmotywowało? Czy był to wielki litewski patriotyzm, czy prywata – pragnienie rządzenia całą Litwą na wyłączność dla Radziwiłłów i ogromna personalna niechęć do Jana Kazimierza?
Inny przykład to nadanie terminu próbie zajęcia Lwowa w 1918 roku przez Ukraińców. Publicyści ukraińscy nazywają to „Listopadowym Czynem”, co nam Polakom może kojarzyć się bardziej z powstaniem, niż z jakimś zamachem stanu. Używając zaś słowa „powstanie” bardziej pasowałoby to do reakcji drugiej strony i buntu lwowiaków, w tym Orląt przeciw ukraińskiej władzy, którą chciano narzucić im siłą. To nie jedyne takie przykłady, a każdy z już wymienionych stwarza duże szanse na dalsze dywagacje i polemiki. Również autor mógłby zaprezentować swój mniej lub bardziej obiektywny punkt widzenia. Zajmijmy się jednak czymś, co wzbudziło dyskusję historyków w interesującej nas tematyce - tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce na Kresach Południowo-Wschodnich. Historycy czy dziennikarze używają różnych terminów: „wojna polsko-ukraińska”, „ludobójstwo”, „antypolska akcja”, „rzeź” i wielu innych. Zazwyczaj konkretni autorzy używają uparcie tych samych terminów.

Kresowiaków wyrażenie „wojna polsko-ukraińska” na Wołyniu bulwersuje szczególnie. Oni bowiem nie byli stroną walczącą, niektórzy zaś, będąc dziećmi ledwo uniknęli zamordowania. Nie były to już Orlęta lwowskie, tylko po prostu małe dzieci, kobiety czy cywile, których jedynym pragnieniem było zachowanie życia. Osoby takie straciły swoje matki, ojców, dziadków, zakładając, że w ogóle same przeżyły. Starsi ludzie nie prezentują większej wartości bojowej, tak samo jak najmłodsi czy kobiety w ciąży. Rok 1943 zastał ich na Wołyniu bez broni. Nie wykonywali żadnych działań, które mogłyby być poczytywane za agresywne, bojowe i politycznie aktywne. Nie zamierzali, nie mogli nawet - wykazywać się jakąkolwiek czynnością na rzecz przynależności tego terytorium do Polski. Takie możliwości mieli jedynie mężczyźni zdolni do noszenia broni, pomagać im mogły ewentualnie jakieś kobiety w charakterze łączniczek. Jakiekolwiek jednak działania, biorąc pod uwagę, że Polacy na Wołyniu stanowili ok. 15%, byłyby samobójstwem. Wszelkie ich starania nie miały szans wobec ukraińskiej większości. Ukraińska Halicka Armia, atakując w podobny sposób Lwów w 1918 r., zamieszkany przez równie małą liczbę ludności ukraińskiej doznała porażki, pomimo swojej przewagi w uzbrojeniu i wyszkoleniu bojowym, mimo to, że walczyła w dużej części z dziećmi, w teorii zaś miała nawet przewagę liczebną w ludziach zaangażowanych bezpośrednio w walce.

Na nic się to jednak zdało, ponieważ miasto w swoim charakterze było polskie. Żołnierze ukraińscy walczyli więc na nieprzyjaznym dla siebie terytorium. Samym Orlętom Lwowskim, które zostały zmuszone do walki, nie przyszłoby przedtem do głowy prowadzenie jakiejkolwiek ofensywy, na co zresztą szanse nie istniały. W ten sam sposób nie było możliwości, by mniejszościowa garstka ludności na Wołyniu myślała o ofensywie, czy jakichkolwiek działaniach zaczepnych. W odróżnieniu od UHA, nie byli oni w ogóle uzbrojeni ani zorganizowani. Nie posiadali też ambicji wojskowych i politycznych. Stanowili zbiorowisko kobiet i dzieci pośród morza ludności ukraińskiej. Ich wrogie działanie to wyłącznie to, że po prostu istnieli. Wśród jedynych ludzi, zdolnych do noszenia broni wymienić trzeba ojców, czy młodych synów. Ci początkowo również byli nieuzbrojeni. Już później jedyną ich „ambicją polityczną”, było tylko uratowanie swojej rodziny. Jeśli jednak mamy silną wolę ku temu, zawsze możemy użyć terminu wojna. Jako żywo nasuwa się przykład podboju Ameryki Południowej przez Hiszpanów. Jeżeli kilkusetosobowy oddział hiszpański, wyposażony w broń palną w pierwszej połowie XVI wieku masakruje kilka tysięcy bezbronnych i niczego niespodziewających się Indian, jest to raczej rzeź, nie bitwa. Jednym z takich przykładów jest „Bitwa pod Cajamarcą”, którą właściwie trudno nazwać bitwą. Sprawa ma się podobnie w odniesieniu do terminu „wojna”, między Hiszpanami a Inkami, czy Hiszpanami a Aztekami. Tutaj raczej się tej nazwy nie stosuje. Używa się słowa „podbój”, którego z kolei do Kresów Pd –Wsch użyć się nie da, zarówno w odniesieniu do Polaków, jak i Ukraińców.

Oczywiście podbój państwa Inków nosił pewne cechy wojny, nie znaczy to jednak, że sytuacja jest jasna i wojną można te wydarzenia nazwać. Ludność polska na Wołyniu była nie tylko nieuzbrojona i niezorganizowana. W odróżnieniu od nieuzbrojonych południowo-amerykańskich Indian stanowiła na Wołyniu nieznaczną mniejszość. Jeśli atakowane były niezdolne do obrony i niezorganizowane polskie wsie, gdzie zabijano bezbronną ludność cywilną, nie były to bitwy, a rzezie. Nie twierdzę wcale, że weterani UPA „bitwami” mogli takie działania nazywać. Później, gdy polska ludność cywilna usiłowała się organizować - zdobywać pierwszą broń i stawiać pierwsze próby oporu, również trudno nazwać te działania bitwami, całość zaś wojną. Nawet - bowiem „ewidentne” bitwy w historii, w których jedna strona nie ma szans, historycy nazywają rzeziami. Po powstaniu solidnych polskich samoobron wsi, trudno mimo zaciekłego oporu mieszkańców, przez zamordowaniem nazwać to wszystko wojną, pomimo to, że walki obronne, czasami przeradzały się w bitwy. Polskie samoobrony bowiem - wszystkie razem, nie prowadziły skoordynowanych działań, jeśli zaś do tego dochodziło, to tylko na niewielką skalę, na niedużych odległościach. Jedynymi zaś celami wtedy było zażegnanie niebezpieczeństwa rzezi, w danym rejonie. Kiedy do walki dochodziło, między samoobroną wsi a atakującą UPA, można to nazwać bitwą, ale nazywanie zbioru takich bitew wojną to absurd. Do równych starć między UPA a AK dojść mogło dopiero po powstaniu 27 Wołyńskiej dywizji AK. Serię bitew czy potyczek tej formacji, właściwie można by spróbować nazwać wojną. Problemem jest jednak to, że 27 Wołyńską stworzono dla celów akcji Burza, do walki z zupełnie innym przeciwnikiem, co też formacja wykonywała. Jaka więc to miałaby być wojna polsko-ukraińska? Ilu Ukraińców popierało mordującą UPA dobrowolnie? Na ile dokonująca rzezi UPA reprezentowała naród ukraiński? Wydawać się może, że go jednak nie reprezentowała, Ukraińcy nie są bowiem narodem zbrodniarzy. Czy można nazywać wojną działania rzezi 100 tys. ludzi bez wzajemności? Czy mówienie o takiej wzajemności tylko dlatego, że próbowano się bronić lub zaistniały marginalne w skali przypadki zemsty kogoś zrozpaczonego, jest usprawiedliwione?

Tragiczne wydarzenia na Kresach posiadały wprawdzie pewne cechy wojny domowej, nastąpiła bowiem walka między ludźmi, których „nosiła ta sama ziemia”. Wojny domowe zaś charakteryzują się często okrucieństwem. „[...] wojna domowa wyzwala do dziś, czego dowody mieliśmy niedawno w byłej Jugosławii – tak wielkie pokłady okrucieństwa, że prowadzi do trwałego skłócenia ludzi nader często związanych więzami rodzinnymi. [...]” (komentarz do artykułu E. Misiły Prowokacja Pawłokomska; Wprost 21 maja 2006). Czy jednak polska samoobrona miała inne cele niż tylko obrona? AK była tworzona nie do walki z UPA, choć często zmuszona była się z nią ścierać. Do zaistnienia jakiejkolwiek „wojny” (np. jak domowa w Hiszpanii) muszą pojawić się dwie strony, których działanie jest skoordynowane i obliczone głównie na pokonaniu tej drugiej przeciwnej. Obie strony są w takim przypadku uzbrojone (niekoniecznie równo) i myślą przede wszystkim o całkowitym pokonaniu drugiej z nich (czego nie prezentowała strona polska). W czasie takiej wojny mogą zdarzać się rzadziej lub częściej, mniej lub bardziej okrutne zbrodnie wojenne czy nawet rzezie. W swojej skali nie przysłaniają jednak głównych działań wojennych. Wtedy jest używany termin „wojna”, czy „wojna domowa”. W odwrotnym przypadku jest odwrotnie. Wojna może nosić cechy ludobójstwa, a ludobójstwo - cechy wszelkiego rodzaju wojen. Pewne cechy ludobójstwa charakteryzujące wojnę nie mogą jednak upoważnić do używania terminu „wojna”. Niedobrze, gdy dla celów politycznych zmienia się znaczenie działań. Publicystą, który w jednym ze swoich tekstów szafuje terminem wojna jest np. Paweł Smoleński. Choć jeden z jego komentarzy napisany, został w sposób inteligentny i wymienia słowo „rzeź”, czy wyrażenia „okrutna czystka etniczna” , „fala masowych okrutnych zbrodnii” jest pełen uproszczeń lub zafałszowań. Wspomniane terminy bowiem odnosi autor również do strony polskiej. Cały bowiem tekst jest próbą udowodnienia istnienia symetrii zbrodni. Tym samym zaś omawiane wyrażenia, potwierdzają rzekomą prawidłowość posłużenia się terminem wojna polsko-ukraińska.

Historycy polscy na seminariach Polska – Ukraina, Trudne pytania, używający terminu „ludobójstwo” czy „rzeź”, mieli za złe historykom ukraińskim używanie terminów „antypolska akcja”, czy „wojna polsko-ukraińska”. Nie można się Polakom dziwić, gdyż pojęcia takie kosmetycznie zmieniają, a nawet zafałszowują charakter zbrodni. W ten sam sposób moglibyśmy potraktować holocaust. Jest to niedorzeczne. Nie można wykluczyć, że niektórzy przed wejściem do komory gazowej stawiali opór, lub nawet komuś udało się uderzyć i zranić SS-mana. Nie upoważnia nas to jednak do stosowania terminu wojna czy nawet walki żydowsko-niemieckie. Wybuch powstania w getcie nie upoważnia nas do stosowania terminu wojna żydowsko-niemiecka w czasie II wojny światowej. Dopatrywanie się zaś win Żydów przed wojną, by holocaust usprawiedliwić, czy nawet wytłumaczyć - wygląda dziwnie. Naukowcy ukraińscy na seminariach skupiali się właśnie na próbach znalezienia wytłumaczenia lub usprawiedliwienia dla zbrodni. Choć drugie określenie „antypolska akcja” może zawierać w sobie masowe akcje mordowania, pasuje jednak raczej do np. rozrzucania antypolskich ulotek, znieważania symboli narodowych, czy akcji szykanowania grupy ludzi za to, że są Polakami. Co do tego, że Katyń był antypolski, a holocaust antyżydowski nikt nie ma wątpliwości. Nikt też jednak nie zastępuje na siłę tych zbrodni wspomnianym terminem. Termin antypolska akcja jest używany również przez część historyków polskich. Użycie go jest zazwyczaj próbą uniknięcia sklasyfikowania rodzaju antypolskiej akcji i całokształtu działań OUN-UPA. Wyraz Ludobójstwo kojarzy się z główną formą aktywności zbrodniczych organizacji. Faktycznie rzezie polskich wiosek i likwidacja polskości, zakładając nawet, że nie stały się jedynym zajęciem OUN-UPA, były główną formą ich działalności. Termin antypolska akcja kojarzy się natomiast z pewną „jednorazowością”, swoistym wycinkiem jakiegoś większego problemu. Działanie różnych organizacji nie kończy się zazwyczaj bowiem na jednej akcji. To chyba naturalne i słuszne, że NKWD jest kojarzone ze zbrodniami, nie z innymi formami działalności. Oczywiście środowiska postsowieckie mogłyby tutaj mówić, że obok zbrodnii ta organizacja spełniła pożyteczną rolę. Chodziłoby im tu co najmniej o „pilnowanie” przez tą organizację bezpieczeństwa państwa. Z pewnością podobne cele miała OUN-UPA – bezpieczeństwo tworzonego przez siebie państwa i wiele innych. Charakter jej działań daleko jednak poza te cele wykraczał. Andrzej Talaga w swojej recenzji książki Grzegorza Motyki wzmiankuje, że pomimo okrutnych zbrodnii OUN-UPA miała swoje ideały. Z tekstu bije refleksja, że należy je podziwiać i docenić. Marcin Wojciechowski napisał w takim charakterze artykuł opatrzony wymownym tytułem „UPA TO NIE TYLKO ZBRODNIE”. Termin antypolska akcja nie koliduje ze wspomnianą polityką uwypuklenia innych działań, a tym samym najmniej – zmniejszenia proporcji zbrodnii w działalności OUN-UPA. Celem zaś ostatecznym jest zepchnięcie problemu rzezi, głównej formy aktywności tej organizacji na szary margines. Tym samym okrutni mordercy zyskają status niemal nieskalanych bohaterów narodowych. W ten oto sposób dobór historycznych terminów nie służy historii, lecz doraźnym celom politycznym.

Aleksander Szycht

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626623
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)