23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2008-10-22
Sesja popularnonaukowa „Po Katyniu był Wołyń” cz. 3
Gdy poprzednik Szeptyckiego arcybiskup Kuiłowski na swojej inauguracji w katedrze św. Jura we Lwowie rozpoczął mówić kazanie po polsku, spotkało się to z pewnym sprzeciwem wiernych, którzy zaczęli „buczeć”.
Na fotografii dr Zdzisław Konieczny
[Referat dr. Zdzisława Koniecznego, referat Romualda Niedzielki, referat Artura Brożyniaka]

Referat dr. Zdzisława Koniecznego pt. „Rola Kościoła greckokatolickiego w kształtowaniu postaw nacjonalistycznych społeczeństwa ukraińskiego w latach 1918 - 1944" (streszczenie), Jarosław 3 października 2008

Dr Zdzisław Konieczny nawiązał do przedmówcy (ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego), omawiając sprawy związane z klerem greckokatolickim. Rozpoczął od wieku XIX i wątku skłócania przez Austriaków rzymskich katolików z grekokatolikami (co można do pewnego stopnia interpretować jako skłócanie Polaków z Ukraińcami). Efektem czego, gdy poprzednik Szeptyckiego arcybiskup Kuiłowski na swojej inauguracji w katedrze św. Jura we Lwowie rozpoczął mówić kazanie po polsku, spotkało się to z pewnym sprzeciwem wiernych, którzy zaczęli „buczeć”.
 Paradoksalnie to szlachta polska [jeszcze bardziej przez nacjonalistów ukraińskich znienawidzona, niż zwykli Polacy A.S.] współuczestniczyła w budowie licznych cerkwi greckokatolickich, dlatego, że ksiądz greckokatolicki – gorzej wykształcony, biedniejszy, nie wymagał takich świadczeń jak ksiądz rzymskokatolicki. Z punktu widzenia materialnego było to dla właściciela majątku korzystne. Ponieważ Andrzej Szeptycki pochodził z polskiej rodziny szlacheckiej [gente Rutheni natione poloni, tj. ruskiej w znaczeniu rodowym, nie narodowym A.S.], kapłani rusińscy i narodowcy ukraińscy podchodzili do jego nominacji dość nieufnie. Zdaniem dr. Zdzisława Koniecznego usilnie dążył do tego, by się uwiarygodnić - stąd jego działania, niekorzystne dla polskiej racji stanu, w tym najbardziej dotkliwe, takie jak odrywanie ziem od Polski, na rzecz nowoutworzonego państwa ukraińskiego. Wydaje się, że to [uwiarygodnianie się A.S.] tkwiło u podstaw działalności jego całego życia. [...] Wśród duchowieństwa greckokatolickiego byli różni ludzie [...], ale episkopat greckokatolicki poparł dążenia narodowowyzwoleńcze, czy nacjonalistyczne Ukraińców. Kapłani greckokatoliccy zaangażowali się w wojnę polsko-ukraińską zaczętą w 1918 roku - próbą zabrania Polsce Lwowa. Do konspiracji ukraińskiej wiadomość o wywołaniu „powstania” z 31 października na 1 listopada wieźli uczniowie seminarium greckokatolickiego ze Lwowa, czyli musieli mieć poparcie zarówno swoich przełożonych, jak również ich biskupa. Nie sądzę bowiem, żeby przy kościelnej dyscyplinie, która istniała i była obowiązkowa, tego typu samowola mogła się zdarzyć. Równocześnie próby złagodzenia stosunków polsko-ukraińskich poprzez powołanie wspólnych zarządów w Przemyślu czy Lubaczowie, na tym terenie spotkały się praktycznie z niechęcią, gdyż z 3 na 4 [listopada] została ona złamana w Przemyślu i tego samego dnia w Lubaczowie. Do Jarosławie wiadomość o wywołaniu „powstania” nie dotarła, gdyż nie dotarł tutaj kurier ze Lwowa. Przykłady walki duchownych greckokatolickich z Polakami i przeciw Polsce są liczne. Wielu nawoływało do walki z Polakami, niekiedy nawet do rzezi.
Referat dr Koniecznego ukazał szerokie tło historyczne
oraz terytorialne niekorzystnych przemian o charakterze
nacjonalistycznym w kościele greckokatolickim.


W dniu 10 listopada 1918 roku polscy biskupi rzymskokatoliccy, ale również ormiańscy podpisali list pasterski, nawiązujący do odzyskania niepodległości przez państwo polskie, ale listu tego nie podpisał żaden biskup greckokatolicki. Andrzej Szeptycki odbywał w tym czasie podróż na zachodzie, w tym Stanach Zjednoczonych, próbując szkodzić państwu polskiemu, o czym pisali ambasadorzy, czy politycy polscy przebywający na zachodzie. Po ostatecznym przyznaniu Galicji Wschodniej Polsce przez Ententę Szeptycki postanawia wrócić do kraju. Istniały wprawdzie możliwości w kurii rzymskiej niedopuszczenia do jego powrotu, niemniej jednak byliśmy bardzo wyrozumiali. Uważaliśmy, że sprawa zostanie tutaj załatwiona. Pomimo, że z chwilą, gdy Szeptycki dojeżdżał już do granicy państwa polskiego i po przyjeździe został internowany (przewieziono go do Poznania) – to po audiencji u prezydenta RP i złożeniu oświadczenia o swojej lojalności, wbrew sprzeciwom mieszkańców Lwowa, wrócił tam i był niekwestionowanym przywódcą ukraińskim przez cały okres II Rzeczypospolitej. Nie występował on w tym czasie przeciwko państwu polskiemu, ale tolerował wystąpienia swoich księży i duchownych. [...] Urzędnicy polscy słali liczne sprawozdania dotyczące antypolskiej działalności kleru greckokatolickiego. Otóż na podstawie wojewody lwowskiego w powiatach tego województwa na 279 duchownych greckokatolickich było w 1924 roku: przyjaźnie ustosunkowanych do państwa polskiego – 55, obojętnych na sprawy konfliktów – 108, nieprzyjaźnie ustosunkowanych – 72, czynnych wrogo – 44. W latach następnych proporcje te wzrastały niekorzystnie dla Polski. Ten fragment referatu Zdzisława Koniecznego ilustruje stopień zróżnicowania kościoła greckokatolickiego w poglądach na stosunki z Polakami. Jest on jeszcze bardziej bolesny w kontekście następnego fragmentu:

W stosunku do innych państw sąsiednich, nawet do Czechosłowacji, Ukraińcy posiadali w Polsce wyjątkowe uprawnienia. Ciągle powtarza się, że na 3 tys. szkół właściwie do 1939 roku dotrwało około czterystu. Trzeba jednak brać pod uwagę inne zagadnienia – problem finansowania tych szkół i możliwość tworzenia szkół prywatnych, które zresztą były rozwinięte dość dobrze. Można też mówić o seminariach nauczycielskich ukraińskich, których nie posiadali Ukraińcy w okresie austro-węgierskim, a uzyskali do niego prawa w okresie II RP.
Stanisław Srokowski przybył do Jarosławia
jeszcze wcześniej niż pozostali goście
i starał się nieść wiedzę o tragedii ludobójstwa
dokonanego przez UPA na Polakach i Ukraińcach.


Kontynuując omawianie sprawy udziału kościoła greckokatolickiego w ruchu antypolskim dr Konieczny wymienił konkretne przykłady duchownych wspomagających terrorystów i aresztowanych w międzywojniu, m.in. ks. Iwana Kuczkę biskupa pomocniczego metropolity lwowskiego. Duchowni ci jednak nie byli karani, a konkordat zawarty między RP a stolicą apostolską mówił, że zarówno biskupi, jak również i księża proboszcze mieli składać przysięgę na wierność oraz lojalność. Okazuje się, że tak lojalni nie byli, a państwo nie wyciągało właściwie żadnych konsekwencji. Prelegent wspominał wielokrotnie o antypolskich działaniach greckokatolickiego biskupa przemyskiego Józefa Kocyłowskiego. Z referatu wynikało, że darzył on większą sympatią hitlerowskie Niemcy niż Polskę. W okolicach Przemyśla także w czasie wojny prowadzono ukrainizację polskojęzycznych wiernych kościoła greckokatolickiego. Było to o tyle łatwe, że Ukraińcy pod okupacją niemiecką mieli dużo większe możliwości. Dr Zdzisław Konieczny zakończył swój referat stwierdzeniem, że wiadomości te nie są potrzebne nam po to, by zaogniać polsko ukraińskie stosunki, ale po to, by wyciągać wnioski na przyszłość.

Referat Romualda Niedzielki, pt. „Ukraińscy sprawiedliwi. Na ratunek polskim sąsiadom" (streszczenie), Jarosław 3 października 2008

Moje wystąpienie jest streszczeniem książki „Kresowa księga sprawiedliwych 1939–1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA”, którą przygotowałem w Instytucie Pamięci Narodowej. Stanowi ona rejestr aktów pomocy humanitarnej, jakiej ze strony niektórych Ukraińców doznała polska ludność Kresów Wschodnich poddana eksterminacji przez ukraińskich nacjonalistów w latach czterdziestych XX wieku. [...]
[...] Przejawy narastania napięć dostrzegano już wcześniej, jednak dominowało poczucie, że współżycie Polaków i Ukraińców układa się poprawnie: „Rzeczywiście z Rusinami, bo tak ich nazywaliśmy – zaświadcza pochodzący spod Zbaraża w woj. tarnopolskim zmarły niedawno o. prof. Mieczysław Albert Krąpiec – mieszkaliśmy jak w rodzinie. Uznawaliśmy ich święta i odwiedzaliśmy ich w domach, podobnie jak oni nas. Do dziś znam ruskie kolędy, dumki, oni też śpiewali nasze. Nikt się nie dziwił, gdy czasami oni przychodzili na Mszę Św. do naszego rzymskokatolickiego kościoła, a my do ich cerkwi. Należało też do wymogów miejscowej kultury, że do Rusina, czyli Ukraińca, nie odzywało się po polsku, tylko po rusku, a więc w języku ukraińskim. Zażyłość była tak duża, że gdy już zaczęły się rzezie, w niektórych polskich wsiach ludzie wbrew faktom do końca nie wierzyli, że może im grozić coś złego ze strony sąsiadów”(1). [...]
Jeśli nawet znawcy tematu w teorii i praktyce doświadczeni
przez los – tacy jak Stanisław Srokowski słuchali
z zainteresowaniem, świadczyło to o wysokim poziomie
jarosławskiej sesji.


[...] W roku 1943 tzw. „akcja antypolska” OUN i UPA przybrała charakter ludobójstwa, tj. zorganizowanej, masowej eksterminacji wszystkich osób narodowości polskiej, w przytłaczającej większości – ludności cywilnej. Polskie podziemie, z Armią Krajową na czele, podjęło walkę przeciwko UPA dopiero po największej fali mordów, do jakich doszło w lipcu 1943 r. w stu kilkudziesięciu miejscowościach Wołynia [...].
[...] Po zakończeniu wojny zwalczanie partyzantki banderowskiej w Rzeszowskiem i Lubelskiem kontynuowały jednostki Wojska Polskiego i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ostatni etap konfliktu zakończyło w 1947 r. wysiedlenie z powiatów południowo-wschodnich w ramach akcji „Wisła” ok. 150 tys. Ukraińców [...].
[...] W trakcie przeprowadzonej kwerendy okazało się, że o osobach niosących pomoc wiemy znacznie mniej niż o ofiarach, świadkach czy nawet o sprawcach zbrodni; w dużej części właściwi bohaterowie pozostają bezimienni. Są to w głównej mierze „cywilni” Ukraińcy – pomoc z ich strony w stosunku do ludności polskiej odnotowałem w ponad 500 miejscowościach (spośród kilku tysięcy, w których ginęli Polacy) [...].
[...] Wśród zachowanych w pamięci świadków i utrwalonych w relacjach przykładów rozmaitej pomocy – poczynając od przejawów zwykłej ludzkiej życzliwości wobec pokrzywdzonych, a na aktach najwyższego heroizmu kończąc – można wyróżnić następujące formy:

1.ostrzeżenie przed napadem, zaplanowanym na konkretny moment lub nieokreślonym w czasie;
2.wskazanie drogi ucieczki w trakcie napadu;
3.ukrycie zagrożonych przed spodziewanym atakiem, udzielenie im schronienia w trakcie napadu lub po nim;
4.wprowadzenie napastników w błąd, np. przez zapewnienie, że poszukiwany jest Ukraińcem – członkiem rodziny lub znajomym, a nie Polakiem; zatajenie miejsca ukrycia poszukiwanych; zajęcie napastników (wszczęcie rozmowy, ugoszczenie), by ścigani zdążyli się ukryć lub uciec; skierowanie pościgu w inną stronę;
5.przewiezienie z kryjówki w bezpieczniejsze miejsce (np. do miasta), bądź użyczenie konia czy furmanki;
6.pierwsza pomoc rannym, przetransportowanie ich do lekarza lub szpitala;
7.zaopatrywanie ocalałych w żywność, a dla ułatwienia ucieczki – w ukraińskie ubranie;
8.informowanie bliskich o okolicznościach śmierci członków ich rodzin (zwłaszcza przez jedynych świadków zbrodni), wskazanie, gdzie znajdują się zwłoki;
9.pośredniczenie w kontaktach między ukrywającymi się a poszukującymi ich członkami rodzin;
10.objęcie opieką sierot lub dzieci zagubionych po napadzie;
11.pomoc w pochówku zamordowanych, zwłaszcza gdy udział w pogrzebie groził zastrzeleniem; opieka nad grobami, stawianie krzyży itp.;
12.niewykonanie rozkazu zabicia członka własnej rodziny (żony/męża/rodziców/dzieci); odmowa wykonania, wspólna ucieczka, ukrycie osoby skazanej na śmierć;
13.odmowa udziału w napadzie, pacyfikacji lub innej akcji represyjnej;
14.publiczny protest (na wiejskich zebraniach, z kościelnej ambony) przeciwko zbrodni i stosowaniu przymusu;
15.darowanie życia ofiarom napadu, skazanym na śmierć lub wytropionym wskutek pościgu (np. przez upozorowanie egzekucji, umyślne „przeoczenie” osoby bądź kryjówki);
16.uwalnianie aresztowanych.
Przy okazji sesji naukowej można było zaopatrzyć się
w książki dotyczące wyjątkowej i jedynej w swoim rodzaju
zbrodniczości tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii.


Przy ustalaniu okoliczności zdarzeń natrafiamy nierzadko na sytuacje niejasne, czasem niezmiernie zagmatwane. Dotyczy to w szczególności motywów udzielania pomocy i kontekstu podejmowanych działań. Należało np. odróżnić przypadki, kiedy o zaistniałym niebezpieczeństwie osoby zagrożone uprzedzane są w dobrej wierze, od przypadków świadomego wprowadzania w błąd, np. zachęcania Polaków do wyjazdu, by pozbyć się ich ze wsi. Nie zawsze można było odczytać rzeczywiste intencje, stąd sytuacje, kiedy ostrzeżeni uciekinierzy wpadali w ręce UPA, na wszelki wypadek pominąłem(2). Zostały natomiast odnotowane dość częste przypadki, kiedy Polacy ginęli, ponieważ zignorowali ostrzeżenia.
Zdarzały się przypadki stosowania wyrafinowanego podstępu, np. gwarantowania bezpieczeństwa w celu uśpienia czujności potencjalnych ofiar i ułatwienia zadania napastnikom.

Niemal wszystkie przejawy pozytywnej postawy, na jaką zdobywali się Ukraińcy w stosunku do Polaków, stanowiły z punktu widzenia polityki OUN-UPA akty kolaboracji z wrogiem i zdradę ideałów narodowych, co zasługiwało na słuszną i bezlitosną zemstę. Niemniej jednak trafiając na stosunkowo często informacje o mordowaniu przez UPA Ukraińców za „sprzyjanie” lub „pomaganie” Polakom, „wspieranie” ich czy nawet „utrzymywanie kontaktów” z nimi (bez precyzowania jakichkolwiek dodatkowych okoliczności), można odnieść wrażenie, że polscy świadkowie i autorzy opracowań ulegają pewnemu automatyzmowi, motywując w ten wzniosły sposób niemal każdą egzekucję. [...]Udzielanie pomocy nie było zjawiskiem oczywistym i masowym. [...] Skoro strach wśród Polaków poddanych eksterminacji bywał tak wielki, że nakazywał instynktownie rozpaczliwą ucieczkę, nieraz nawet bez oglądania się na najbliższych, mordowanych w pobliżu, to i dla Ukraińców obserwujących gehennę z bliska musiał być paraliżujący, tym bardziej że za próbę niesienia pomocy samemu można było stracić życie.
[...]Oto kilka przykładów niesienia pomocy Polakom przez Ukraińców. Oddajmy głos świadkom:
Mgr Romuald Niedzielko referuje jako przedstawiciel
Instytutu Pamięci Narodowej.


16 i 17 lipca 1943 r. podczas zmasowanej akcji upowców na Hutę Stepańską (pow. kostopolski, woj. wołyńskie), gdzie zamordowano ok. 600 Polaków, została też spalona pobliska kolonia Borek. Mieczysław Słojewski z 7-letnim synem Edwardem ukrywał się tam w lesie, żywiąc się jagodami i ziemniakami podbieranymi z pól. Był skrajnie wyczerpany psychicznie i fizycznie. „Dwukrotnie zamierzałem popełnić samobójstwo ze strachu przed schwytaniem i męczarniami, jakich spodziewałem się od ukraińskich bandytów. Brałem mego synka Edzia i szliśmy nad rzeczkę (...). Zamierzałem razem z synkiem się utopić, aby skrócić czas poniewierki i straszliwego lęku. I kiedy brałem syna za rączkę, ten wtedy mówił z płaczem do mnie: »Tatusiu! wracamy do naszej kryjówki«. Nie miałem odwagi skoczyć do wody”. Z pomocą przyszedł im znajomy Ukrainiec Petro Bazyluk. W zamaskowanej kryjówce w jego stodole przetrwali obaj aż do wkroczenia Armii Czerwonej w styczniu 1944 roku (Źródło: A. Kalus, Borek, „Na rubieży” 1994, nr 10, s. 16; AW II/1350/2k, W. Kurkowski, Samoobrona Huty Stepańskiej na Wołyniu, k. 55–57).
W Stechnikowcach (pow. i woj. tarnopolskie) „jeden z Ukraińców miał żonę Polkę i z nią dwie córki – czytamy w relacji Anny Derkacz. – Pod koniec 1943 r. otrzymał list od banderowców z UPA, w którym nakazano mu niezwłocznie zabić swoją żonę i obie córki za to, że są Polkami. Mąż i ojciec – Ukrainiec tego rozkazu nie wykonał. Otrzymał więc kolejny list z rozkazem i pogróżkami, ale również po raz drugi rozkazu nie wykonał. Jakiś czas potem otrzymał trzeci list o podobnej treści, a w nim ostrzeżenie, że jeżeli sam tego nie zrobi, wykonają to inni. Po tym trzecim liście zdawał już sobie sprawę, że zabójcy przyjdą. Naostrzył wtedy siekierę, ale nie do wykonania rozkazu, lecz do obrony. Kilka dni potem w nocy ktoś zaczął ostro dobijać się do drzwi, chwycił więc za topór i stanął w sieni za drzwiami. Kiedy drzwi wyważono, wpadł pierwszy morderca, gospodarz-obrońca z całej mocy uderzył go ostrzem siekiery. Napastnik upadł, za nim wpadł drugi. Spotkało go to samo. Więcej napastników nie było. Wtedy gospodarz zapalił lampę, żeby zobaczyć banderowców. I zobaczył ciała swego ojca i brata” (Źródło: Relacja Anny Derkacz, „Na rubieży” 1998, nr 29, s. 38).
Temat Ukraińców ratujących Polaków w opracowaniu
uczonego z IPN-u jest takim, który zasypuje bariery
między ludźmi oraz przeciwdziała wszelkim odmianom
szowinizmu.


Referat Artura Brożyniaka, pt. „Baligród i Rudka przykładem realizacji wariantu wołyńskiego UPA na ziemiach dzisiejszej Polski" (streszczenie), Jarosław 3 października 2008

Referat Artura Brożyniaka nie mówi o tych najbardziej okrutnych mordach bez względu na płeć i wiek z elementem męczenia przed śmiercią, jak to się działo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, ale jest o tyle ważny, że opowiada o wydarzeniach dziejących się jeszcze przed tymi w Pawłokomie (gdzie również rozstrzelano mężczyzn), co zadaje kłam twierdzeniom, że Polacy brali na terenie dzisiejszej Polski odwety za ludzi z innych wschodnich terytoriów na ludziach z ziem, które zbrodni ze strony UPA nie zaznały.

Rudka

Do pierwszych morderstw na Polakach mieszkańcach Rudki doszło w ostatnich miesiącach 1943 roku. Zamordowano Antoniego Szczygła lat 28 i Marcina Mazurkiewicza lat 18. Od tego czasu mieszkańcy obawiali się napadu. W Rudkach pełniono nocne warty.
19 kwietnia 1944 roku ok. godz. 5.00 przybyli do sołtysa Bazylego Kalinowicza na dwóch furmankach nacjonaliści ukraińscy przebrani za Niemców. Kazano mu zgromadzić w jednym miejscu wszystkich gospodarzy, celem przesłuchania z powodu rzekomo przechowywanej we wsi broni. Na zebranie przyszło niewielu gospodarzy. Jeden z nich, zorientowawszy się, że nie są to Niemcy, lecz Ukraińcy, zaczął uciekać i został zastrzelony z broni maszynowej. Zastrzelono również wszystkich przybyłych na zebranie w tym sołtysa. Tutaj chciałbym podkreślić, ze taktyka podstępu była ulubioną taktyką UPA i przynosiła im wiele zwycięstw, np. nad Wojskiem Polskim [w Polsce komunistycznej A.S.]. Po zakończeniu masakry jeden z banderowców wystrzelił zieloną rakietę. Na ten znak dotychczas ukryci upowcy otaczając wioskę zaczęli podpalać domy i mordować mężczyzn na obrzeżach wsi. Wieś na skutek skupionej drewnianej zabudowy szybko stanęła w płomieniach. Ludność uciekała do pobliskiego jaru. Spora część mężczyzn została zabita w czasie ucieczki. Niektórzy próbowali ukryć się wraz z całymi rodzinami w piwnicach. Do wnętrza potencjalnych kryjówek strzelano na oślep, rzucano granaty, w ten sposób ginęły całe rodziny, w tym kobiety i dzieci. Według literatury ukraińskiej z wioski ostrzelano upowców, lecz żaden z polskich świadków nie potwierdza tego faktu.
Artur Brożyniak - przedstawiciel rzeszowskiego oddziału IPN.


tułów lub w tył głowy - dobijając. W tym wypadku mordowano tylko mężczyzn, kobietom i dzieciom każąc wynosić się za San [Scenariusz podobny jak z drugiej strony ten w Pawłokomie A.S.]. Zbrodni tej dokonała miejscowa sotnia Iwana Szpontaka „Zaliźniaka”. Trzonem jej byli dezerterzy z ukraińskiej policji w niemieckiej służbie. Brały też udział w napadzie ukraińskie bojówki „samoobrony” z sąsiedniej wsi. Istnieją też inne przypuszczenia, że napadu dokonała UPA przybyła z terenów wschodnich. Straty to 55 osób, w tym pięcioro dzieci od 4 do 8 lat i osiem kobiet. Wieś została doszczętnie spalona.

Baligród

Włodzimierz Szczygielski - komendant posterunku policji ukraińskiej w Medyce dostał rozkaz dezercji. Wraz załogą posterunku podążył w Bieszczady, do niego po drodze dołączyła spora grupa byłych ukraińskich policjantów. Do tego ludzie Szczygelskiego połączyli się z dwoma sotniami UPA. Pierwsza składała się z byłych ukraińskich policjantów z Bieszczad i uciekinierów ze wschodu. Dowodził nią Wasyl Szyszkanynec „Bir” – komendant policji w Komańczy. Druga powstała w pobliżu wsi Jamna Górna, którą dowodził „Łys” o nieznanym nazwisku. W sotni tej było sporo policjantów z powiatów przemyskiego i dobromilskiego. Z ludzi tych sformowano kureń (batalion). Dowództwo całości sił dostał z ramienia miejscowego prowydu OUN-B - Szczygelski, który przybrał pseudonim „Burłaka”. Siły jego składały się z trzech sotni po 70-ciu ludzi każda.
Temat zbrodni UPA w odniesieniu do regionu, w którym
gościli referenci był mocnym akcentem tożsamości
tej części Polski.


29 lipca 1944 roku wojsko niemieckie opuściło Baligród. W miasteczku przebywali Polacy, którzy uciekli przed terrorem UPA ze wschodu, ale byli i Ukraińcy, którzy uciekali przed Sowietami. Dowództwo OUN-B wydało nakaz opuszczenia ziem „ukraińskich” do miejscowych Polaków, pod groźbą śmierci. 30 lipca UPA uprowadziła i zamordowała 11 Polaków z okolic. Pod wpływem tych wieści część Polaków uciekła do Leska, pozostali szukali porozumienia ze społecznością ukraińską. Miejscowy przedstawiciel oznajmił delegacji polskiej, że ze strony miejscowych sotni nic Polakom nie grozi, ale nie ręczy za grupy ze wschodu. Skontaktowano się więc z sotnią „Bira”, który przyjął delegatów i zapewnił, że nic im nie grozi. Ręczył też słowem honoru, że nie ma wrogich zamiarów wobec Polaków. Delegaci uspokojeni wrócili do miasteczka, choć miejscowy Rusin - lekarz dr Włodzimierz Kuźmak radził Polakom, aby nie wierzyli w te zapewnienia i mieli się na baczności. Człowiek ten w okresie okupacji starał się być na uboczu nacjonalizmu ukraińskiego. Przez całe życie deklarował się jako Rusin. 4 sierpnia został uprowadzony i zamordowany mieszkaniec Baligrodu – Jan Szpot. Tego samego dnia Sowieci w odwecie zastrzelili kilku Ukraińców, mieszkańców Stężnicy. UPA postanowiła rozstrzelać ok. 40 mieszkańców Baligrodu. Banderowcy weszli do miasteczka 6 sierpnia przed świtem. Otoczyli kościół i zaczęli legitymowali ludzi, zatrzymując mężczyzn Polaków. Część upowców rozeszła się po domach i szukała mężczyzn Polaków przy okazji zajmując się rabunkiem mienia. Zgromadzonym mężczyznom kazano położyć się twarzą do ziemi. Następnie zabito ich strzałem z karabinu w tył głowy. Rannych dobijano bagnetem. Do 10 osób zginęło przed kościołem. Wtargnięcia do kościoła upowcom podobno zabronił ksiądz greckokatolicki, który wcześniej znalazł schronienie u tamtejszego księdza rzymskokatolickiego. Ocaleli niektórzy polscy gospodarze, za którymi wstawili się ukraińscy uciekinierzy przebywający w ich domach, niektórzy Polacy ukryli się u gospodarzy ukraińskich. W dwóch przypadkach upowcy nie spełnili rozkazu, nie zabijając – w sumie dzięki temu uratowało się czterech Polaków.
Na zdjęciu po lewej prof. Czesław Partacz, po prawej
europoseł dr Andrzej Zapałowski.


Ci właśnie upowcy wstąpili w szeregi zbrodniczej organizacji przymusowo tylko i wyłącznie w celu przeżycia. Nie akceptowali jednocześnie tego, co UPA robiła w Baligrodzie. W jednym przypadku zamordowanego Polaka torturowano, łamiąc mu ręce i zdzierając skórę. Najstarsza z ofiar miała 80 lat. Zastrzelono także Ukraińca grekokatolika Romana Wolańskiego, gdyż miał wpisaną w kenkarcie narodowość polską. Ukraińcy przedstawiają również dziś wersję, że napadu dokonali Sowieci przebrani za UPA. Wydaje się ona wielce naiwna i utworzona została, by uspokoić ukraińskie sumienie
Sotnia zrabowała mieszkańcom wszystkie leki i medykamenty. Zabrano ze sobą dwóch tutejszych Ukraińców, aptekarza i dwóch lekarzy. Jeden z miejscowych Ukraińców sam stwierdził, że Polacy w Baligrodzie nie zachowywali się agresywnie wobec Ukraińców. W Baligrodzie jest żywa pamięć o ofiarach. Znajduje się tam pomnik, na którym jest napisane: „Wieczna hańba mordercom”. Natomiast we Lwowie na ulicy Piekarskiej jest popiersie Włodzimierza Szczygelskiego „Burłaki”, a na nim napis: „Chwała bohaterowi” – Zakończył swój referat Artur Brożyniak.

Aleksander Szycht



(1) M.A. Krąpiec, Cień nieosądzonych zbrodni, [w:] J. Kanas, Podolskie korzenie, Lublin 2002, s. 8.

(2) Por. przykład tego rodzaju wyraźny i jednoznaczny: W lipcu 1943 r. jeden z upowców uprzedził mieszkańców kolonii Szeroka (pow. horochowski, woj. wołyńskie) o mającej rzekomo nastąpić niemieckiej pacyfikacji. Radził, by nie uciekali pojedynczo, lecz w grupie, i kierowali się w stronę polany pod lasem, gdzie on się nimi zaopiekuje. Po przybyciu na miejsce Polacy zostali otoczeni przez upowców i rozstrzelani. (W. i E. Siemaszko, Ludobójstwo..., t. 1, s. 134.)

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626573
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)