23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2008-03-25
Gen. Hermaszewski pierwszy raz o OUN-UPA
„Martwi mnie stosunek władz Ukrainy do OUN-UPA…” - powiedział generał Mirosław Hermaszewski w wywiadzie udzielonym Aleksandrowi Szychtowi i Jakubowi Czarnowskiemu
Ówcześnie generał wojsk lotniczych, pierwszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski po raz pierwszy zgodził się mówić o tragedii swojej rodziny sprzed ponad 65 lat.

Aleksander Szycht: Panie Generale, co Pana łączy z Kresami?

Gen. Mirosław Hermaszewski: Urodziłem się na kresach na zasobnej i pięknej polskiej ziemi w małej wsi pośród borów. Moi przodkowie mieszkali tam od pokoleń. Wiem z opowiadań mojej mamy i rodzeństwa, że mieszkaliśmy bardzo zgodnie – wspólnie gospodarząc z sąsiadami Ukraińcami. Mój dziadek głęboko tkwił w kulturze ukraińskiej. Miał wielu przyjaciół Ukraińców. Był przez nich lubiany i szanowany.
Aleksander Szycht: Proszę powiedzieć coś o swoim dziadku i rodzinie.

Gen. Mirosław Hermaszewski: Dziadek Sylwester Herbu Zaremby – szlachcic zagrodowy dochował się 12 dzieci. Rodzina wychowana była w duchu patriotycznym. Stryj Antoni Hermaszewski był działaczem młodzieżowym i niepodległościowym. Walczył w 1920 roku z bolszewikami. Niemal dwadzieścia lat później został uczestnikiem polskiej konspiracji, następnie więźniem NKWD, później żołnierzem Armii Andersa. Ciocię Władysławę z Hermaszewskich Seweryn, wdowę po oficerze zamordowanym przez NKWD w Katyniu, deportowano do Kazachstanu. Obecnie mieszka w Londynie. Stryj Tadeusz przez całą wojnę walczył na morzu na niszczycielach ORP „Burza” i ORP „Ślązak”. Drugi stryj Zygmunt Hermaszewski - przedwojenny absolwent SGGW był oficerem rezerwy Korpusu Ochrony Pogranicza i również żołnierzem polskiego podziemia. Uwięziony przez Niemców w Oświęcimiu – po wojnie został konsulem w Tuluzie. Jako jedyny z rodzinnej emigracji osiadł nie w Londynie a w Paryżu. Ma dwóch synów pilotów – starszy – Stefan mieszka koło Bordeaux i jest kapitanem Boinga 747 w liniach Air France. Czterej bracia mamy: Władysław, Edmund, Antoni i Paweł Bielawscy byli żołnierzami 27 dywizji Wołyńskiej AK. W minionym okresie z oczywistych względów – tę informacje o rodzinie zachowywaliśmy w tajemnicy.

Aleksander Szycht: Jak pańska rodzina wspominała życie na Wołyniu i te wydarzenia, które później je przerwały?

Gen. Mirosław Hermaszewski: Żyliśmy bardzo spokojnie do 1943 roku, kiedy to dla nas pamiętnej nocy z 25 na 26 marca dokonano rzeczy strasznej. Zdziczała banda „bohaterów” UPA okrążyła naszą śpiącą wieś Lipniki i rozpoczęła systematyczną rzeź niewinnych ludzi. W okrutny sposób zostały zamordowane 182 osoby. Z rodzin ojca i mamy czyli Hermaszewskich i Bielawskich zginęło 18 osób. Rodzinną wieś całkowicie spalono. Dziadek do ostatniej chwili był ufny i podobno uspokajał nas, iż nic nam się nie stanie – bo cóż nam mogą zrobić bracia Ukraińcy…

Aleksander Szycht: Nie jestem w stanie pojąć ani wyobrazić sobie autentycznej przecież sceny, która rozegrała się w nocy z 25/26 marca, a mianowicie Pańskiej mamy uciekającej z 1,5 rocznym Mirkiem na rękach z płonących Lipnik przed zaciekle ją goniącym banderowcem. Proszę mi powiedzieć, co Pan czuje, gdy sobie przypomni, że takie wydarzenie miało miejsce…

Gen. Mirosław Hermaszewski: Oczywiście nie pamiętam tego zdarzenia. Miałem 1,5 roku, ale ten obraz oczywiście we mnie tkwi – wzbogacony o opowieści starszych. Złe wieści o mordach na Polakach docierały z sąsiednich polskich osad. W trwodze i pogotowiu – wszyscy spali nie zdejmując ubrań - ale ta noc była piękna i jasna. Mama uznała, że w taką noc nic się stać nie może i rozebrała dzieciaki. Wszystkich zbudziły serie karabinowe, strzały z zapalających pocisków i płomienie. Ojciec, który był w oddziale samoobrony na czatach wpadł do domu i krzyknął do naszej mamy z dziećmi, by uciekali i zniknął w ciemności. Każdy miał jakiś tobołek na plecach, tobołkiem mamy byłem ja.

Aleksander Szycht: Banderowiec odszedł, ponieważ myślał, że zabił Pana mamę. Ogłuszona z zakrwawioną twarzą i rozerwanym od strzału uchem upadła. Najgorsze było jednak dla niej to, że w szoku gdzieś Pana zgubiła…

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Kilku banderowców starało się zablokować mamie drogę ucieczki - krzyczeli żeby stanęła, ale strach uciekającej mamie tylko dodał sił. Jeden z bandytów może ten, który ma czelność dziś wypinać pierś do odznaczenia dogonił ją i z kilku metrów, celując w głowę strzelił. Trafił w ucho. Od strzału straciła przytomność. Upadła z zakrwawioną głową. „Bohater UPA” był pewien, że zabił. Zawiniątko przycisnęła do siebie. Sam dziwię się, że wtedy jakoś nie zakwiliłem, przecież byłby mnie wdeptał w ziemię. Gdy mama odzyskała przytomność - zaczęła uciekać. W sąsiedniej wsi zaopiekowały się nią znajome Ukrainki. Po chwili gdy ochłonęła zorientowała się, że nie ma dziecka na plecach. Była w rozpaczy i chciała wracać, ale Ukrainki przytrzymały ją i nie puściły. „Tam Ciebie zareżut”. Rano tata, brat i inni penetrowali pobojowisko. Widok był przerażający – zgliszcza i trupy – większość potwornie okaleczone. Dorobek wielu pokoleń Polaków został spalony. Niedaleko brat zobaczył krew na śniegu i zawiniątko. Ich oczom ukazało się niedające znaku życia dziecko – blade. Ojciec potrząsnął mną. Otworzyłem oczy i zameldowałem „Tata si!, bu!”. Przy czym w dziecięcym języku „si” oznaczało ogień a „bu” strzały. Widocznie widziałem wokół płonące domy i słyszałem strzały - choć tego już nie pamiętam –. Tak więc w ten sposób złożyłem tacie raport z tego zobaczyłem.

Aleksander Szycht: Po śmierci wielu członków Pańskiej rodziny w Lipnikach - później w innych okolicznościach poległ też Pański Ojciec, w trakcie wypadu...na swoją ziemię po płody rolne.

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Dokładniej ojciec z braćmi mamy udał się na własne pole. Wracając przejeżdżali koło łanu zboża, skąd padł dobrze wymierzony strzał, a kula utkwiła koło serca. Pamiętam ojca ... - w szpitalu. Leżał w bandażach. Nie rozumiałem, dlaczego nie bierze mnie na ręce. Pamiętam pourywane zdarzenia – mamę, która rozbiła z rozpaczy na schodach szpitala słoik. Niestety skrytobójczy postrzał „wojownika” UPA okazał się śmiertelny i tata zmarł. Mama została z siedmiorgiem dzieci sama.

Aleksander Szycht: I co było dalej...?

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Wiem z opowiadań, że tułaliśmy się jakiś czas i zmienialiśmy miejsca zamieszkania. Aż w końcu 1944, kiedy Niemcy uciekali w popłochu brat Władek wpadł do domu z radosną nowiną, że widział żołnierzy rosyjskich. Dobrego humoru nie psuło mu to, iż stracił w wyniku spotkania kurtkę i darzoną sentymentem czapkę po ojcu. W zamian dostał wyświechtaną i wypoconą budionnówkę. Był jednak szczęśliwy, ponieważ teraz okolica stała się odrobinę bezpieczniejsza. By zapewnić przeżycie dzieciom mama imała się różnych zajęć prała i gotowała a nocami szyła.

W czerwcu jak tysiące kresowiaków musieliśmy opuścić naszą ojcowiznę. Pamiętam długą podróż na zachód. Mama na jednym z przystanków omal nie straciła życia próbując zaczerpnąć wody, by ugotować dzieciom strawę. Poślizgnęła się i wpadła do murowanej studni. Brzegi były wysokie, a pływać nie potrafiła. Po kilku próbach wyjścia z pułapki prawie poddała się losowi, ale myśl o dzieciach dodała jej nadludzkich sił.


Aleksander Szycht: Podobno los rozłączył was z Władkiem, Pańskim 16-letnim bratem.

Gen. Mirosław Hermaszewski
: W czasie transportu Władek zachorował na tyfus. Gdzieś w rejonie Katowic zabrano go w gorączce do szpitala. Po wyleczeniu szukał rodziny po całych terenach Ziem Odzyskanych. Był we Wrocławiu, Szczecinie, Kwidzynie, na Mazurach. W końcu wiedziony intuicją powrócił na Dolny Śląsk. Pewnego razu, kiedy wyglądałem z siostrą Sabiną przez okno, ulicą szedł mizerny chłopczyna boso w podartych porciętach. Siostra krzyknęła głośno „Władek!”. To był on. Mama płakała łzami szczęścia. Byliśmy znów razem.

Aleksander Szycht: Czy ma Pan jeszcze jakieś związane z tym wspomnienia i refleksje?

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Po latach pojechałem z żoną i córką do tej naszej skrwawionej polskiej kresowej ziemi. Zwiedzałem tamte tereny w towarzystwie miejscowych Ukraińców. Jeden z nich pełnił rolę przewodnika. Jechaliśmy odkrytą ciężarówką. Nagle stanęliśmy w szczerym polu. „Tu była wieś. Tutaj mieszkał Roman” powiedział wymieniając imię mojego ojca, a tu Kazimir. „A ty skąd wiesz?” zapytałem. „W tym czasie ja tu krowy pasłem” odpowiedział (!). Domy zostały przez upowców spalone. Po sadzie oraz okolicznym lesie i nas Polakach nie zostało śladu. Polskość dosłownie wyrwano z korzeniami.

Nie zauważyłem też kopca usypanego na miejscu pochówku usypano kopiec – kurhan, ku czci 182 ofiar pamiętnej rzezi. Wytłumaczyli mi, że przeszkadzał w żniwach, więc go zlikwidowano. Trochę mnie to zabolało. Szczątki ofiar przeniesiono na pobliski cmentarz we wsi Białka. W 1978 roku przelatując Sputnikiem nad Wołyniem wspomniałem rodzinne strony oraz tych dobrych i złych sąsiadów. Powiedziałem sam do siebie: „Patrzcie kim i gdzie jestem. Chcieliście bym latał jako aniołek – a ja teraz latam, ale pod innymi skrzydłami.”.


Aleksander Szycht: Co Pan czuł stojąc nad ziemią, która przyjęła ukochanego ojca i dziadka?

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Gdy stałem w zadumie na cmentarzu, gdzie przeniesiono prochy pomordowanych, powoli zaczęły się schodzić starsze kobiety. Bardzo serdecznie mnie pozdrawiały. Były dumne, że pochodzę z tej ziemi. Słyszałem wiele ciepłych słów. Mówiły do mnie „nasz kosmonauta”. Jedna powiedziała „Ja w szkole siedziałem z Pańską siostrą w ławce.”, inna: „A ja byłam na ślubie pańskich rodziców – Romana i Kamili.”. Takich wypowiedzi było więcej. Dotykały mnie one do głębi, ale sam nie wiedziałem, które z nich są szczere, wypowiadane przez ludzi podobnych tym, którzy uratowali moją mamę, a które słowa należą do ludzi pokroju człowieka, który skrytobójczo strzelił do mojego ojca. Nie czuję nienawiści do narodu ukraińskiego. Część ich umysłów została po prostu opanowana przez zbrodniczą, dziś niestety rehabilitowaną ideologię. Grobu ojca nie znalazłem. Cmentarz porastały dorodne drzewa i nie było śladu po mogiłach. Odwiedziłem powiatowe miasteczko Berezne. Zwiedzaliśmy muzeum regionalne. Przed wejściem do budynku jakaś siła mnie zatrzymała. Stanąłem jak wryty. „Co jest?” - pyta oprowadzający mnie Ukrainiec. Powiedziałem mu: „Słuchaj, jak się wejdzie, to czy tam z lewej strony są schody do góry, a na piętrze po prawej jakiś pokój?” – „Tak – skąd wiesz?” zapytał. „Ja tu mieszkałem. Tu była plebania. ”- odpowiedziałem:
Wcześniej zimą mieszkaliśmy w pomieszczeniach po rzeźni. Podłoga była betonowa, mama wymościła ją słomą. Okna były bez szyb, a wnętrze ogrzewane tylko małym piecykiem tzw. „kozą”. Wtedy z tej potwornej biedy wyciągnął nas ks. Rossowski i przygarnął na swoją plebani. Pamiętam, że to była wiosna, śpiewały ptaki. Brat księdza – pan Jan często brał mnie na kolana i zabierał na spacery. To był rok 1944. Ks. Rossowski uratował nas. Cieszył się wielkim szacunkiem. Moja mama z nim jeszcze wiele lat później korespondowała. Gdy zostałem oficerem, „konspiracyjnie” pojechałem do księdza do Zgierza, gdzie później był proboszczem. Gdy mnie zobaczył okazywał swoją radość i wdzięczność. To jednak wyłącznie ja miałem wobec niego powody do wdzięczności. Jego brat pan Jan, mój przyszywany wujek też bardzo się cieszył. Traktował mnie w pewnym sensie jak syna. Później, gdy już odeszli, zostali pochowani w Modlnej. Po nominacji generalskiej z bukietem kwiatów pojechałem do nich. Byłem w mundurze generała. Gdy stałem przy grobie, ścisnęło mnie za gardło i poleciały łzy. Zasalutowałem. To byli bardzo szlachetni i skromni ludzie – służyli innym. Zobaczyłem, że zza krzaków wyglądają głowy ciekawskich ludzi – interesujących się, co tu robi generał i dlaczego ma szkliste oczy.
Mirosław Hermaszewski i Piotr Klimuk


Aleksander Szycht: To przecież nie jedyna Pańska przygoda w tym stylu. Przyszedł Pan generał również do kościoła w mundurze na pogrzeb swojego kolegi z klasy ks. Henryka Piotrowskiego. Nad jego trumną powiedział Pan, o ile dobrze pamiętam, coś w stylu: „Pamiętasz Heniu wiele lat temu, często wpatrywaliśmy się w rozgwieżdżone niebo. Każdy z nas inaczej rozumiał to co widział. Mnie fascynowała mechanika, a Ty widziałeś coś więcej. Podróżując w kosmosie przypomniałem sobie o tym i sądziłem, że to ja byłem bliżej nieba. Jednak, gdy dziś na to patrzę - wiem, że choć byłem w przestworzach, to Ty będąc na ziemi, byłeś zawsze wyżej – ode mnie.” Podobno słuchaczy ogarnęło wzruszenie. Pamięta to Pan?

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Tak, to uczucie udzieliło się także mnie. Podobno życzliwie zapamiętano moją emocjonalną i bardzo osobistą rozmowę z ks. Henrykiem. Byłem zaskoczony tym, że zostało to tak żywo zachowane w pamięci.

Aleksander Szycht: Czy czymś chciałby się Pan podzielić z młodym pokoleniem?

Gen. Mirosław Hermaszewski
: Martwi mnie stosunek władz Ukrainy do OUN-UPA… Wojna jest rzeczą straszną – ale każda wojna ma jakieś cywilizowane sposoby prowadzenia. Biorę pod uwagę, że druga wojna światowa wprawdzie pokazała wiele przykładów, że ludzie od tych zasad mogą odejść. Nacjonaliści ukraińscy jednak w swoim zachowaniu umiejscowili się poniżej wszelkich norm – daleko w tyle za Niemcami.Wykazywali się na skalę masową niespotykanym bestialstwem, a my przecież nie stanowiliśmy fizycznego zagrożenia. Stanowiliśmy niebezpieczeństwo wyłącznie przez swoją polskość. Zginął mój 90-letni dziadek i kilkumiesięczny kuzyn. Zabijano w sposób okrutny. Często tak, by zadać jak najwięcej cierpień. Siostra Teresa widziała, jak dzieci nabijano na płot. Moje rodzeństwo Ania i Bogdan jeszcze przez lata zrywali się z krzykiem w nocy. Czy o takich ludziach można mówić, że byli żołnierzami? To bandyci i jest hańbą, że stawia się im pomniki, tak jak tym, którzy faktycznie z Niemcami walczyli. Nie mam uprzedzeń do Ukraińców. Mam wśród nich wielu przyjaciół także wśród kosmonautów. Niepokojem napawa mnie jednak tendencja do rehabilitacji „bohaterów OUN-UPA”.

Dziękuję za poświęcony czas.

Warszawa 7 marca 2008 r.

Dziękuję również Jakubowi Czarnowskiemu za niezbędną pomoc w realizacji tego wywiadu

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626614
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)