12 grudnia 2017 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2012-04-23
T. Venclova na UW - czego nie ma na Delfi?
17 kwietnia pisarz udzielił wykładu na Uniwersytecie Warszawskim. Nazajutrz ukazała się relacja w polskojęzycznej wersji portalu Delfi, która nie uwzględniła całości spotkania.

Autor Tomasz Otocki dość rzetelnie zrelacjonował treść wykładu, ale nie uwzględnił ciekawej dyskusji między pisarzem, a słuchaczami. Ponieważ wydawała mi się dość istotna, a byłem nie tylko jej świadkiem, lecz i uczestnikiem, postanowiłem uzupełnić to, przywołując rzeczy moim zdaniem bardzo istotne. Chodzi mi tutaj o takie, których nie mogli się dowiedzieć czytelnicy „nowolitewskiego” - nawiązując do nazewnictwa Tomasa Venclovy - portalu Delfi, w wersji polskojęzycznej. Przestrzegałbym przed odrazu osądzeniem od czci i wiary autora, być może taka była koncepcja artykułu – tylko wykład, nie zaś celowe przemilczenie.
 Mam wprawdzie krytyczny stosunek do wielu osądów, wyrażanych przez pisarza i uważam je za dość krzywdzące dla nas Polaków, zwłaszcza, ale nie tylko - na Litwie. Jednak dostrzegam różnicę między nim, a ewidentnie czarnymi charakterami takimi jak: Dalia Grybauskaite, Audrius Kubilius, Audronius Ażubalis, Gintaras Steponavicius, czyli słowem władzami Litwy. Ale być może to właśnie dlatego -powierzchowność jego opinii jest, zarówno bardziej bolesna, jak i niestety przyswajalna przez opinię publiczną, a poprzez to może zrobić nie do końca to czego sam Tomas Venclova pewnie chciałby-zakładam bowiem, że ma dobre intencje - a mianowicie szczerego rozładowania polsko-litewskich napięć. Taki cel właśnie zadeklarował podczas wykładu, określając to jako syzyfową pracę, wspominane wyrażenie miało być pierwotnie elementem tytułu.

Przede wszystkim, po zadaniu przeze mnie pytań: Co Pan sądzi o nowej, uderzającej w Polaków na Litwie ustawie edukacyjnej? oraz Czy widzi Pan dysproporcję w traktowaniu przez władze polskie - Litwinów w Polsce a Polaków na Litwie - przez władze Litewskie?, udzielił interesujących odpowiedzi. Zaznaczam, że pierwsze pytanie poprzedziłem przykładem, jak ustawa działa: Kiedy z powodów finansowo-demograficznych trzeba zamknąć jedną z dwóch szkół na danym terenie, a do polskiej szkoły jest chętnych np. dwustu kandydatów, do litewskiej czterech i tak zawsze zamyka się polską, niezależnie też od struktury etnicznej w danym miejscu. Wspomniałem o ujednoliceniu matury , kiedy dziecko z polskiej szkoły realizując zupełnie inny polski program będzie musiało zdawać maturę, taką jak po szkole litewskiej. Co oznacza, że drugie tyle czasu, w ciągu dnia, co nauka w szkole musiałoby poświęcić na nadrabianie programu szkoły litewskiej.

Pisarz, po zaznaczeniu, że nie wie - czy aby na pewno mam dobre informacje, oświadczył że do nowej litewskiej ustawy edukacyjnej ma stosunek krytyczny. Natomiast uważa, że traktowanie mniejszości przez oba rządy jest symetryczne. Z pierwszej odpowiedzi byłem zadowolony, z drugiej oczywiście nie. Dlaczego? Ponieważ dysproporcje, jak powiedziałem są rażące, w kilkunastu kwestiach, w samej tylko sprawie szkolnictwa. Oto czego nie mogłem powiedzieć, bowiem aby symetria była rzeczywistością wobec władz Litewskich należałoby żądać:

1. Ustalenia statusu placówek mniejszości narodowych dla polskich placówek oświatowych i kulturowych oraz związanych z tym przywilejów (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

2. Przywrócenia obowiązku egz. z jęz. ojczystego na maturze i liczenie się oceny do średniej ocen na egz. dojrzałości(jak odpowiednio Litwinów w RP).

3. Przekazania wszystkich publicznych placówek oświatowych (w tym tzw. szkół powiatowych- rządowych), przedszkoli, domów dziecka, pod zarząd demokratycznie wybranym samorządom (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

4. Oficjalnego zezwolenia na symbolikę narodową w szkołach i na zewnątrz szkół: flagi, godła państwowego, hymnu (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

5. Wprowadzenia w dokumentacji szkolnej w jęz. ojczystym (jak wolno Litwinom w RP).

6. Zmian w dzienniczkach uczniów w rubryce jęz. ojczysty - język polski, a nie jak dotąd litewski, a polski jako jęz. obcy (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

7. Identycznej zasady finansowania szkół i przedszkoli poprzez samorządy, taki sam poziom koszyka ucznia (150-300% jak odpowiednio u Litwinów w RP).

8. Zerwanie ze skandalicznym tworzeniem konkurencyjnych szkół litewskich (dodatkowo poza już istniejącymi samorządowymi) na terenach, gdzie zwarcie zamieszkują Polacy (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

9. Wybudowanie sieci szkół i przedszkoli na terenach ,gdzie żyją Polacy , a nie mają w ogóle dostępu do polskich przedszkoli i szkół (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

10. Możliwości kształcenia się pedagogów w kraju macierzystym i zdobywania tam dyplomów (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

11. Dodatków finansowych dla pedagogów pracujących w placówkach mniejszości narodowych (jak odpowiednio u Litwinów w RP), nie zaś wręcz odwrotnie, jak to jest ustalane ostatnio na Litwie: wprowadzania większych pensji dla nauczycieli, którzy ulegną presji by lekcję w polskiej szkole prowadzić w języku litewskim.

12. Możliwości przerzucania koszyczka uczniów (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

13. Pozostawienia najważniejszych decyzji rodzicom, środowiskom szkolnym, organizacjom mniejszości, samorządom (jak odpowiednio u Litwinów w RP).

14. W szkołach litewskich (na całej Litwie) jako języka obcego na życzenie języka polskiego (jak litewskiego, na życzenie, w szkołach polskich w RP).

15. Tłumaczenie wszystkich podręczników i ćwiczeniówek na język polski.
Miałem znacznie więcej uwag i pytań, ale nie chciałem odbierać szansy na wypowiedź innym. Dla potrzeb komentarza posłużę się cytatami z wypowiedzi Tomasa Venclovy opublikowanymi w Delfi:

T. Venclova: Nie uważam Waldemara Tomaszewskiego za poważnego polityka. Jest politykiem w stylu kresowym i to niedobrym, kiedy „kresy” uważa się nie za płodne pogranicze, ale teren niekończących się pretensji, nawet rewindykacji. Ta niedobra mentalność kresowa jest wysoce niepożądana dla Litwinów, a sądzę, że w końcowym rachunku i dla Polaków” (...) wielu polityków litewskich, w tym bardzo znanych i zasłużonych w polemice z Tomaszewskim i w ogóle z Polakami na Litwie staczają się na zupełnie niepoważny i prowincjonalny poziom


Mój komentarz: Po pierwsze pisarz, nie skonkretyzował, dlaczego tak jednoznacznie negatywnie ocenił Waldemara Tomaszewskiego. Nie posłużył się żadnym przykładem, co więc stanowiło dla mnie atak bez pokrycia. Wytłumaczenie by się przydało, szczególnie dla polskich słuchaczy, którzy Tomaszewskiego, ani jego wypowiedzi nie znają i to trochę tak jakby mieli uwierzyć na słowo Tomasowi Venclowie, że Tomaszewski posiada te wszystkie negatywne cechy. Co ciekawe, nie wspomniał na ile poważnym politykiem jest pani prezydent Litwy, która najpierw obiecuje, ze nie podpisze nowej ustawy, która pogarsza sytuację Polaków, a następnie to robi. Nie wspomniał jaką mentalność posiada marszałek litewskiego sejmasu Degutiene, która pomimo odebrania 60 tys. podpisów, co w skali 200-300 tysięcznej mniejszości stanowi nie lada wyczyn, zignorowała ten fakt.

Być może pamięć mnie myli, ale nie pamiętam z wykładu personalnej krytyki czołowych polityków litewskich, ale jedynie Waldemara Tomaszewskiego czołowego polityka Akcji Wyborczej Polaków na Litwie.


Byli i są po obu stronach, polskiej i litewskiej, szowiniści, którzy widzą sens swojego życia w rozpamiętywaniu krzywd oraz wzywaniu do konfliktów.

To moim zdaniem stawianie sztucznego znaku równości. W sejmie polskim nie oddaje się sal obok sali marszałka sejmu środowiskom faszystowskim. Tak dzieje się w sejmie litewskim, gdzie hasło Litwa dla Litwinów, nie jest traktowane tak negatywnie, jak w parlamencie polskim. Ponadto szowinistami moglibyśmy określić władze litewskie, na podstawie tego co robią, a mianowicie: manipulują okręgami wyborczymi na niekorzyść mniejszości, uchwalają ustawy niszczące szkolnictwo mniejszości, ścigają autorów dwujęzycznych napisów, uwzględniających polski, nawet w regionach, gdzie Polacy stanowią większość, kradną liczne połacia ziemi, przenosząc prawo na siebie, bo Polakom można zrobić wszystko…

Polskim władzom, chyba nikt przy zdrowych zmysłach szowinizmu nie zarzuci. Nie trzeba nawet zadawać pytania czy zachowują się tak samo. Tymczasem Tomas Venclova usilnie stawiał znak równości, mówiąc o jakiś mglistych środowiskach szowinistów po obu stronach. Tymczasem to nie wygoleni i wytatuowani młodzi ludzie w skórach tworzą na Litwie liczne ustawy uderzające w prawa człowieka, choć litewskie władze bardzo się oczywiście z nimi liczą.
Obu narodom w dojściu do porozumienia przeszkadzają cechy psychologiczne: „polskie poczucie wyższości” i „litewska nieufność”.

Poczucie wyższości to coś, co przez ludzi traktowane jest jednoznacznie negatywnie. Natomiast nieufność – niekoniecznie. Często genezę „nieufności”, także przesadnej, nawet gdy mamy do niej stosunek krytyczny widzimy w jakiejś krzywdzie, która spotkała tych, cechujących się właśnie postawą nieufną. Powyższe stwierdzenie jest więc bardziej krytyczne wobec Polaków. Myślę, że bardzo łatwo zidentyfikować, czy to władze polskie czy litewskie traktują mniejszość z szowinistycznym jadem i mają wobec niej poczucie wyższości i czy to we władzach polskich, czy litewskich zakwitła właśnie nieufność wobec postępowania „strateczicznego partnera”. Powiem więcej, sądzę, iż przez dwadzieścia lat władze litewskie były pewne, że Polakom można zrobić wszystko i ślepo ufały, iż władze polskie pozwolą im na wszystko.

Według tradycji litewskiej polonizacja była skutkiem złowrogiego spisku (…), a ponieważ Polacy są tak samo skłonni do teorii spiskowych jak Litwini, zjawiła się teoria, że cały narodowy ruch litewski to skutek złowrogich konszachtów antypolskich, na początku carskich, a potem niemieckich.

Moim zdaniem między tymi poglądami nie można postawić znaku równości. Jeśli zdaniem nacjonalistów litewskich polonizacja była skutkiem złowrogiego spisku, to zapewne 13-letnia Jadwiga myślała o tym od początku usidlając dużo starszego Jagiełłę. Co zaś się tyczy stopnia konszachtów ruchu narodowego litewskiego z antypolsko wówczas nastawionym państwem niemieckim wystarczy poczytać dokumenty źródłowe.

Szwedzi nie wydzierali Finom Helsinek, ale Finowie byli znacznie mniej zakompleksieni, znacznie bardziej pragmatyczni i ufający sobie niż Litwini, czemu sprzyjała wieloletnia autonomia w ramach Cesarstwa Rosyjskiego. (…) Do tego nie odmawiali Szwedom pewnego prawa do Helsinek, np. nigdy nie zabraniali używania nazwy Helsingfors albo dwujęzycznych tabliczek na ulicach, co istnieje dotychczas, chociaż Szwedów w Helsinkach jest 6%


Od lewej profesor Piotr Węglęński, profesor Tomas Venclova, Aleksander Szycht.

Pierwszą część zdania pisarz wypowiedział zdawało mi się emocjonalnie, z oburzeniem. Tu zadałbym inne pytanie: Czy zatem uzasadnionym jest wysłanie wojska i narzucanie rdzennej ludności wbrew jej woli swojej władzy, zmuszając do mówienia w zupełnie innym języku, terroryzowanie, represje i zabijanie w imię własnych ambicji politycznych? W imię tego, że Wilno było przed kilkuset laty stolicą pogańskiego państwa do czego prześladowcy nawiązywali? To właśnie działo się zarówno przed interwencją Żeligowskiego, jak i podczas II wojny światowej, a było dziełem okupacyjnych władz litewskich. Co jest moralnie uzasadnione, a co nie? Czy to wszystko było usprawiedliwionym moralnie środkiem, by dziś Wilno było litewskie, czy też „nowolitewskie”? Z resztą wypowiedzi Tomasa Venclovy się zgadzam.

Dla relacji PL-LT „myślenie kresowe” jest szalenie niebezpieczne, choć Litwini też mają swoje „kresy”, do których włączają, Sejny, Wigry, Suwałki, Grodno i Lidę i cały obwód królewiecki..

Tyle, że Grodno i Lidę ludność bałtolitewska zdobyła podbojami i nigdy nie stanowiła tam znacznego nawet odsetka ludności. Co innego Polacy, którzy Wilna nie tylko nie podbijali, ale stanowili w nim większość, co więcej, stało się tak dzięki wcześniejszej ekspansyjnej polityce państwa litewskiego oraz jego ambicji terytorialnych. Nacjonaliści litewscy mogą mieć też równie chore pretensje do terytorium Mazur, dlatego, że niegdyś zamieszkiwali je Bałtowie. W tym samym stopniu Polacy mogą mieć pretensje do Berlina na słowiańskich kościach, lub sami Litwini do terytoriów Łotwy – tam też mieszkają Bałtowie. Rozmija się to z rozsądkiem w każdym aspekcie. Nie porównywałbym więc na siłę takiej odmiany poglądów litewskich do tęsknoty za polskimi kresami. To raczej jak porównywać uzasadniony lub nie, bezpieczny lub niebezpieczny „sentyment” do bardzo chorych „mrzonek”.

Część posłów polskich w Sejmie Litewskim spisała się fatalnie, bo nie głosowali za niepodległością. Mówiłem wtedy, że to pierwszy casus od czasów Targowicy, kiedy Polacy idą za Moskwą, ale także mówiłem, że trzeba ludziom naprawdę mocno dokuczyć, żeby na to poszli

Polscy posłowie głosowali tak, ponieważ cechowała ich, posłużmy się wyrażeniem Tomasa Venclovy „nieufność”, że stanie się mniejszości polskiej, to właśnie, co działo się z nią przez dwadzieścia lat, a zwłaszcza teraz. Nie chcieli głosować „przeciw”, czego Venclova chyba nie docenia, co byłoby rzeczywistym opowiedzeniem się po stronie ZSRR. Liczyli bowiem na jakiś specjalny status terytorialny Wileńszczyzny, co ochroniło by ją przed podległością lub represjami, tak sowieckimi i litewskimi. Targowicą moim zdaniem natomiast były litewskie układy z sowietami zarówno podczas wojny polsko-bolszewickiej, jak i po wojnie obronnej 1939 roku. Republika Litewska wzięła wtedy czynny udział w rozbiorze II Rzeczypospolitej.

Państwo litewskie, jak każde inne, ma prawo domagać się lojalności od swoich obywateli, ale nie powinno to przerastać w odruchy paniczne, w kompleks oblężonej twierdzy i w dumną nieustępliwość. Nie jest moją sprawą doradzać coś elitom Polski, ale byłoby dobrze, gdyby unikano słów i działań, po których elity litewskie wpadają w przedwojenny kompleks i zastygają w pozie obrażonej godności.

Elity litewskie siedzą po uszy w przedwojennych kompleksach i zastygają w pozie obrażonej godności z byle powodu, nie ważne czy ruchy władz polskich dla poprawy sytuacji Polaków na Litwie są nieśmiałe, czy odrobinę bardziej zdecydowane. Władze polskie w działaniach na rzecz poprawy sytuacji Polaków na Litwie nie powinny przejmować się płaczliwą retoryką elit litewskich, skoro władze litewskie publicznie demonstrują ignorancję wobec próśb władz polskich (czyżby poczucie wyższości, o którym wspominał Tomas Venclova?). Na czym ma natomiast polegać owa słynna nielojalność? Czy na oficjalnej walce o własne prawa na forum europejskim, ponieważ walka na forum litewskim nie dała przez lata kompletnie nic?

Bardzo irytująca była i jest sprawa alfabetu oraz dwujęzycznych napisów. Stanowisko litewskie opiera się na całkiem anachronicznych podstawach. Wpisy do paszportów wg nielitewskiej ortografii uchodzą za proceder antypatriotyczny, zalatujący zdradą stanu i sprzeczny z konstytucją. (…) Może i można to zrozumieć z perspektywy początku XX wieku, ale dziś to naprawdę sprawa zupełnie nieistotna.


Całkowicie się zgadzam.


Mówi się, że Łotwa i Estonia nie różnią się w tej sprawie od Litwy i nawet uprawiają politykę językową surowszą (…). To także jest prawda, tyle że Łotwa i Estonia moim zdaniem nie rozwiązują spraw mniejszości w sposób wzorowy.

Drobny szczegół, tyle, że na Łotwie i w Estonii była zupełnie inna sytuacja i w czasach sowieckich ludność polska nie miała wywalczonych tak dobrych warunków, jak właśnie na Litwie. Ludność polska tych krajów startowała więc z innych pułapów.

Demonstracje polskie w Wilnie mają charakter niebezpieczny, bo mogą przekształcić się w starcia, czemu zdają się sprzyjać szowinistyczne kręgi po obu stronach. Ale demonstracja ostatnia w Wilnie, do której żywiono jak najgorsze przewidywania, zrobiła w każdym razie na mnie wrażenie przez to, że odbyła się w spokojny i godny sposób. Może właśnie teraz Polacy wileńscy dojrzewają do swojej obywatelskiej roli.

Niemal każda demonstracja może przekształcić się w starcia, ale czy to powód by nie walczyć o swoje prawa poprzez demonstracje? Na tej samej zasadzie, tym bardziej należałoby skrytykować cały ruch solidarnościowy za czasów Polski Ludowej, bo nie wszyscy popierali Solidarność. Wyrażenie „kręgi szowinistyczne po obu stronach” - to znów retoryczna próba postawienia znaku równości za wszelką cenę.

Obie strony muszą ustąpić, ta która ustąpi pierwsza, nie zazna uszczerbku na honorze, ale będzie po prostu pierwsza. (..) Litwini muszą zrozumieć, że asymilacja mniejszości polskiej nie jest niezbędnym warunkiem przetrwania Litwy, muszą przyjąć nowoczesną definicję narodu jako zbiorowości obywatelskiej, gdzie pochodzenie i język nie grają roli najważniejszej (…) Polacy ze swej strony muszą zrozumieć, i to zrozumieć na poziomie odruchu, że kwestia wileńska została rozwiązana raz na zawsze (…), że nie są pod obcą i niepożądaną władzą, że są u siebie, jako spadkobiercy Starolitwinów, dla których Litwa była rzeczą najważniejszą, a więc są współodpowiedzialni za losy kraju i nie muszą skupiać się na zadawnionych niechęciach i urazach. Polska musi ich traktować nie jako rodaków odłączonych od macierzy, ale jako prawowitych obywateli innego państwa


W jaki sposób ustąpić miałaby strona polska? Zrezygnować z upominania się o prawa Polaków i tak jak przez ostatnie 20 lat czekać, aż władze Litewskie nagle zaczną przestrzegać jej praw - same z siebie we wszystkich dziedzinach życia, lub będą przywracać je stopniowo. Skoro nie uczyniły nic przez dwadzieścia lat i demonstrują swoją butność - dlaczego miałyby się zmienić? Czy nie będą bardziej pewne swojej bezkarności, jeśli strona polska właśnie teraz by ustapiła?

Z istotnych wypowiedzi, których nie zacytowano w Delfi była również ta, że dzięki takim, a nie innym współczesnym wschodnim granicom, a konkretnie uznaniu ich przez Polskę, nie mamy ‘drugiego Sarajewa’. Spotykałem się wcześniej z takim stwierdzeniem, w odniesieniu do stosunków polsko-ukraińskich i Lwowa. Tutaj stwierdzam, że Litwa jest przykładem, rażąco świadczącym o czymś wręcz odwrotnym. Abstrahując od jakichkolwiek współcześnie teorii rewindykacyjnych, jeśli Wileńszczyzna, gdzie Polacy stanowią etniczną większość znalazłaby się zgodnie z wolą mieszkańców przed 20-toma laty w polskich granicach, to czy niepokoje i konflikty byłyby tam większe niż są teraz? Czy ludność polska byłaby mniej zadowolona, gdyby nie okradziono jej z ziemi, nie niszczono szkolnictwa, miałaby polskie napisy, mogła pisać swoje nazwiska?

Co się tyczy ludności litewskiej jak wskazuje obecny przykład nasze państwo nieporównywalnie lepiej zabezpiecza jej prawa niż władze litewskie Polakom. Co więcej ludność litewska w Polsce jest ekonomicznie w znacznie lepszej sytuacji niż Litwini na Litwie. Być może Litwa powinna być wdzięczna za to, że to terytorium leży w jej granicy i Polska nie zgłasza nawet nieoficjalnie żadnych pretensji? Powiem złośliwie, z tego co współcześnie obserwujemy Polska poradziłaby sobie ze sprawiedliwą organizacją życie ludności na Wileńszczyźnie lepiej niż Litwa, co widać na przykładzie Litwinów na Sejneńszczyźnie i Polaków na Wileńszczyźnie. Litewska polityka na Wileńszczyźnie to czyste szaleństwo i módlmy się, aby nie doprowadziła do ‘drugiego Sarajewa’. Na Litwie pojawiają się od czasu hasła zachęcające do rzezi, czego nie słyszałem, że w Polsce miało miejsce wobec Litwinów. Przykładem niech służy piosenka litewskiego zespołu Diktatura, czy litewska grupa dyskusyjna również nawołująca do rzezi Polaków. Litewskie media wzbudzają niechęć do Polaków na Litwie praktycznie bez przerwy.

To nie wszystkie wypowiedzi, do których chciałbym się odnieść. Trudno mi jednak cytować pisarza z pamięci, nie chciałbym być nieścisłym i omawiać coś bez całkowitej pewności - czy aby na pewno chciał powiedzieć to w takim a nie innym znaczeniu. Przy tym wszystkim jednak cieszę się, że była jakakolwiek szansa na rozmowę oraz wymianę poglądów z Tomasem Venclovą, bowiem z władzami litewskimi na normalny dialog czy wymianę poglądów, bez obrażania się nie ma co liczyć.

Aleksander Szycht

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 611450
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)