23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2010-11-30
Tę "okupację" można nazwać zdradą?
Antypolska propaganda na Litwie posuwa się coraz dalej, narzucając młodzieży określony, niezgodny z rzeczywistością obraz historii.
Demonstracja w Wilnie w 1938 roku
przeciwko antypolskiej polityce
władz Republiki Litewskiej.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Wspominano już na łamach naszej witryny o wypracowaniu Katarzyny Andruszkiewicz, uczennicy Gimnazjum Tysiąclecia Litwy w Solecznikach, nagrodzonym I miejscem w konkursie o znamiennym tytule „Skutki polskiej okupacji dla Litwy Wschodniej”. Otóż według zamierzeń litewskiego parlamentu tak zindoktrynowanych dzieci, mających do Polski złe nastawienie, ma być więcej. Wkrótce sejm Republiki Litewskiej ma przyjąć niekorzystną dla Polaków ustawę o szkolnictwie w jeszcze gorszej wersji. Mało kto będzie wiedział, jak wyglądała prawdziwa historia Wileńszczyzny.
 Wedle tych planów postawa młodej dziewczyny, skądinąd polskiego pochodzenia, która stwierdziła, że Polska, jako państwo bliskie Litwie, powinna była Litwie pomagać, a nie okupować Wilno i Wileńszczyznę oraz, iż Tę okupację można nazwać zdradą., będzie standardem.

Fakt „edukacji”, jakiej musiała zostać poddana zarówno ona, jak i jej szkolni koledzy, już wcześniej dowodził jasno skuteczności wynaradawiania Polaków na Litwie. Przeraża jednak coś więcej: manipulowanie historią w celu realizacji własnych, nacjonalistycznych idei. Czy naprawdę tak trudno zweryfikować niedaleką w gruncie rzeczy historię, aby udowodnić, że o żadnej okupacji Litwy ze strony Polski nie mogło być w dwudziestoleciu międzywojennym mowy?

Faktem jest, że Józef Piłsudski przejął Wilno przy pomocy swojego wojska w kwietniu 1919 roku z rąk bolszewików, którzy zdobyli je wbrew samoorganizującym się mieszkańcom. W swojej odezwie do mieszkańców byłego Księstwa Litewskiego deklarował jednak:Chcę dać Wam możność rozwiązania spraw wewnętrznych, narodowościowych i wyznaniowych, tak, jak sami tego sobie życzyć będziecie, bez jakiegokolwiek gwałtu lub ucisku ze strony Polski. Jego planem było zagwarantowanie prawdziwej wolności po latach okupacji, umożliwienie samodzielnego decydowania o własnym losie dla wszystkich narodów zamieszkujących tereny byłej Rzeczypospolitej. To Polacy skutecznie zawalczyli o suwerenność mieszkańców Wilna i jego niezależność od komunistycznej Rosji, stanowiąc siłę w istotny sposób zagrażającą jej rosnącym wpływom. Nic pewnie dziwnego, że ta, ponownie przejmując Wilno w 1920r., obiecała je i Suwalszczyznę Litwinom. To oczywiste, że nie w nich widziała realnego, silnego wroga swoich interesów. Dzięki skutecznej propagandzie zręcznie zaczęła realizować plan uzależnienia ziem litewskich, mydląc oczy tamtejszym działaczom i rzucając oskarżenia przeciwko polskiej polityce. Zadziwiający jest fakt, że po 123 latach niewoli i ponad sześciu wiekach unii polsko – litewskiej, historia się powtarza i to właśnie Polaków znów postrzega się jako wrogów wynaradawiających naród litewski. Jak nieroztropne było zaufanie okupantowi, nie trzeba udowadniać.
Wkroczenie wojsk II RP do Wilna.
Fot. dzienniknowy.pl.


Jak można powiedzieć, żeby zamiary polskie były wrogie, skoro opierały się głównie na sile militarnej mieszkańców Wileńszczyzny? To przy ich pomocy Piłsudski odzyskał miasto po raz drugi w 1920 roku z rąk litewskich, ale w te oddała je przecież Rosja, uciekając pod naporem naszych wojsk. Ponadto Marszałek i jego otoczenie przystali na przeprowadzenie na Wileńszczyźnie plebiscytu, który miałby zadecydować o przynależności terytorialnej tych ziem. Ów pomysł powstał z inicjatywy Ligi Narodów i to ona miała czuwać nad jego prawidłowym przebiegiem. Dla Polaków takie rozwiązanie byłoby najlepszym wyjściem. Spis ludności przeprowadzony w 1916 roku pokazywał przecież, że Wileńszczyznę w 90% zamieszkuje ludność polska, w samym mieście stanowiła ona ponad 50% mieszkańców, co stanowi miażdżącą przewagę nad zaledwie 2,6% Litwinów. Zupełnie zrozumiały wydaje się strach litewskich władz przed ewentualnym wyrażeniem woli ludności w plebiscycie, stąd skuteczne blokowanie negocjacji i ostateczna z nich rezygnacja. Zapewne władze liczyły się z tym, że jedynie ignorując głos najbardziej zainteresowanych pertraktacjami, czyli mieszkańców spornych terenów, osiągną swój cel. Na szczęście Liga Narodów ostatecznie poparła polski projekt granic, kończąc tym samym swego rodzaju impas. Wszakże Wilno z jednej strony znajdowało się w polskich rękach, a z drugiej nadal usilnie traktowane było przez rząd bałtolitewski za stolicę, mimo jego rezydowania w Kownie. Samostanowienie polskich Litwinów (Polaków), autochtonów, nie miało dla niego żadnego znaczenia.

ZSRR było jedynym państwem na ówczesnej mapie politycznej, które tak widziało nasze granice. Jeszcze w lipcu 1919 roku Rada Najwyższa konferencji paryskiej skonstruowała tzw. linię Focha, jako propozycję rozejmu między odradzającymi się krajami. Litewska dyplomacja odrzuciła ten projekt ze względu na to, że pozostawiał on Wilno, zgodnie z wolą mieszkańców, po stronie polskiej.

Kością niezgody była i -jak się okazuje- nadal jest, kwestia umowy suwalskiej, podpisanej przez delegacje obu państw 7 października 1920 roku, kilka dni przed ponownym przyłączeniem Wilna do Polski – kraju, który jako jedyny z własnej woli dziedziczył tradycje Rzeczpospolitej Obojga Narodów. To rocznicy owej umowy poświęcona miała być konferencja, na której w gruncie rzeczy roztrząsano temat „polskiej okupacji” Wileńszczyzny w międzywojniu, prosząc o wypowiedź indoktrynowanych polskich uczniów.
Zdjęcie pamiątkowe żołnierzy
gen. Lucjana Żeligowskiego w Wilnie.
Fot. polskieradio.pl


Jak możemy przeczytać już w pierwszych słowach tego porozumienia, miało ono ustanowić tymczasowy modus vivendi aż do czasu ostatecznego uregulowania stosunków między oboma państwami. Dokument jasno zaznaczał, że ustalona linia demarkacyjna między armiami nie przesądza w niczem terytorjalnych praw żadnej z umawiających się stron. Co więcej, milczeniem pomija samo Wilno, odnosząc się jedynie do Suwalszczyzny. Deklarowane zawieszenie broni również miało dotyczyć terenów przylegających do ustalonej linii, w związku z czym niedorzeczne wydają się zarzuty o rzekomym złamaniu umowy przez stronę polską podczas tzw. buntu Żeligowskiego i proklamacji Litwy Środkowej. Uczestnikami owego „buntu”, byli w głównej mierze, jak już wspomniano, sami Wilniucy. W istocie, był to fortel zainicjowany przez Marszałka Piłsudskiego, ale wynikał jedynie z niemożności normalnego (militarnego bądź pokojowego) rozwiązania kwestii pomocy dyskryminowanym mieszkańcom Wilna. Polska w tej kwestii miała na arenie międzynarodowej związane ręce. Etniczny skład miasta, jego historia i kultura rozwinięta w znacznej mierze na gruncie polskości, były stale podważane i ignorowane przez kowieński rząd. Mógł on jako jedyne uzasadnienie swoich roszczeń podać historyczny jego związek z Litwą, opierającą się na tradycji pogańskiej. Jednakowoż argumenty historyczne, prócz woli ludności, mogła także podać strona polska – kilka wieków historii Wilna ściśle związanej z tradycją Rzeczypospolitej polsko-litewskiej. Tradycję tę, jak wspominaliśmy, Republika Litewska odrzuciła.

Tak naprawdę wynik międzywojennego konfliktu o Wilno okazał się szczęśliwym rozwiązaniem dla jego mieszkańców. Z całą mocą należy podkreślać, że zdecydowaną większość z nich stanowili wówczas Polacy i to im w głównej mierze miasto zawdzięczało swój rozkwit. To oni jako potomkowie mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego mogli w odróżnieniu od niewielkiej Republiki Litewskiej poszczycić się większą trzeźwością umysłu w kwestii bolszewickich intryg. Fakt, że dziś traktuje się ich jak okupantów, nie tylko godzi w nasze uczucia patriotyczne, ale i stoi w rażącej sprzeczności z faktami historycznymi. Tym bardziej przeraża, że taką wypaczoną wersję tamtych wydarzeń przekazuje się młodzieży, i to tej polskiego pochodzenia. To oczywiste, że taka polityka zbierze plon w postaci zupełnego niezrozumienia faktycznej sytuacji polskiej mniejszości. To próba rozbicia od wewnątrz jej jedności oraz poczucia tożsamości narodowej. Może się okazać, że jeśli nie aktywność samych Polaków, najmłodsze ich pokolenia zaczną wierzyć, że używanie polskiego języka i kultywowanie tradycji jest ciosem wymierzonym przeciwko państwu, w którym mieszkają. Wydaje się co gorsza, że o to może chodzić inicjatorom podobnych do konferencji i konkursu przedsięwzięć. Projekt nowej ustawy o szkolnictwie ma bowiem objąć podobnymi praktykami jeszcze młodsze dzieci.

Dagmara Moszyńska

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626571
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)