23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2010-08-31
Manipulują słowami Andrzeja Kunerta?
Wyrażeniem "psi obowiązek" miał się wg tygodnika „Nasze Słowo” posłużyć sekretarz ROPWiM, określając konieczność pomocy Rady wobec realizacji zamierzeń Związku Ukraińców.
Sekretarz ROPWiM prof. Andrzej Kunert wraz
z Władysławem Bartoszewskim.
Fot. wladyslawbartoszewski.blox.pl
Tygodnik „Nasze Słowo” to organ prasowy Związku Ukraińców w Polsce, znany w środowiskach kresowych z niekorzystnych dla Polski publikacji, a sowicie opłacany … z kieszeni polskich podatników. 29 sierpnia 2010 opublikowano tu artykuł, który wywołał wstrząs w środowiskach kresowych. Spowodowany był nie tylko opisywaną w nim przez członków ukraińskiego związku uległością następcy Andrzeja Przewoźnika. Tekst opisuje spotkanie z sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Treść to w zasadzie dwa wywiady. Może zmylić tylko tych czytelników, którzy albo nie mają odpowiedniej wiedzy na poruszane tematy, albo co gorsza nie chcą jej mieć. Jest jednak w stanie szokować.
 W spotkaniu z Andrzejem Kunertem przedstawiciele ZUwP poruszali kwestię uwiecznienia prawie 10 tysięcy ukraińskich ofiar, głównie cywilnych ofiar, w rezultacie antyukraińskich operacji i masowych zabójstw na tzw. Zakerzonii w latach 1943-1947. Sprawę sprytu środowisk proupowskich w przedstawianiu historii, w taki sposób, by była ona niekorzystna dla Polski, opisywał już na łamach naszej witryny zarówno autor niniejszego tekstu, jak i inni redakcyjni koledzy. Zwrot „głównie cywilne ofiary” pokazuje wyraźnie, że upamiętnieni mają być nie tylko cywile. Jeśli natomiast nie tylko cywile, to członkowie formacji zbrojnych. Związek jest znany z ciągot do tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii, formacji prowadzącej na terenie Polski w latach 1942-47 politykę ultranazistowską (Ci sami ludzie, jeszcze nie pod wspomnianą nazwą mordowali ludność cywilną już od początku wojny), co pociągnęło za sobą setki tysięcy ofiar. W tym zamordowanych samych tylko cywilnych Polaków było nie mniej niż 120 tys., w większości kobiet i dzieci, nad którymi pastwiono się przed śmiercią. UPA, w skali możliwości swoich zbrodniczych działań, była znacznie gorsza niż formacje niemieckie czy sowieckie. Wbrew pozorom więc, raczej nie chodzi tu o żołnierzy atamana Semena Petlury z 1920 roku, o których jest mowa w tekście. Ci bowiem nie budzą kontrowersji strony polskiej, jako jej sojusznicy. Jeśli względem nich nie realizowano w Polsce upamiętnień, to powodem mogły być tylko zaległości strony ukraińskiej w tych sprawach.

Członkowie ZUwP pragną przemycać członków formacji – nie tylko antypolskiej, ale i antyludzkiej, ludobójczej – jaką była UPA, do programu państwowych upamiętnień. Dziwnie brzmi z ich strony narzekanie, że polscy urzędnicy są w tym kierunku niemrawi. Samo liczenie zabitych upowców z ofiarami cywilnymi ma na celu zawyżenie statystyk i stworzenie przeciwwagi dla zbrodni upowskich, dokonywanych także na nieposłusznej ukraińskiej ludności cywilnej. Natomiast ukraińskie ofiary pośród cywilów, zabitych z polskiej broni, to także pośrednia wina banderowców. Ci lubowali się bowiem w wyprowadzaniu ludobójczych rajdów z wsi ukraińskich, mordując mieszkańców wsi polskich, a później wracać, by kryć się za plecami ukraińskich cywilów. Trudno w warunkach, gdy UPA wymordowała tysiąc kilkuset mieszkańców polskich wsi, nie próbować doprowadzić do wyeliminowania zbrodniczej formacji. Ciężko jedną z wiosek ukraińskich, skąd padają strzały opanować bez użycia broni. Wymienianie nielicznych wsi ukraińskich, w której ofiarami padli cywile, razem z upowcami – sprawcami polityki mordu jest niedorzeczne. Jeszcze bardziej perfidne jest wymienianie ich jako przeciwwagi dla zbrodni banderowskich. Trudno obiektywnie nazwać zbiorczo, w tym kontekście wydarzeń, operacje eliminowania zagrożenia ze strony ultra nazistowskiej w swym charakterze organizacji – antyukraińskimi.

Taką wsią był Gorajec (gdzie tworzono miejscowe sotnie UPA) i prezes przemyskiego oddziału ZUwP Maria Tućka bardzo wzrusza się 12-letnią epopeją działań mieszkanki Edwokiji Fil, prowadzoną, by ofiary w tej miejscowości wraz z członkami zbrodniczej organizacji upamiętnić. Próżno by oczekiwać jej wzruszenia wcześniejszym, celowym i okrutnym mordowaniem mieszkańców setek wsi polskich – te dla niej nie istnieją, przynajmniej w wypowiedziach w ramach wywiadu. Tak samo jak wysiłki polskich Kresowian, by upamiętnić pomnikiem w Warszawie te setki tysięcy ofiar UPA – są przez organizację pani prezes zawsze oprotestowane.

Fakty są takie, że UPA zajmowała się głównie mordowaniem ludności cywilnej, co nie wymaga wyjątkowych zdolności bojowych, toteż nazwanie przez Tućką jej członków żołnierzami, ma ewidentną wymowę propagandową. Powołuje ona się też na polsko-ukraińską umowę z 1994 roku, wskazując, że niewiele zostało zrealizowane. Nie wspomina ile upamiętnień i w jakiej skali zostało zrealizowanych przez władze lokalne zachodnich obwodów Ukrainy.

Padają też cały czas nazwy miejscowości, w których odbywały się masowe zabójstwa na Ukraińcach. W skali mordu polskich wsi przez UPA jest to ilość śladowa, w tekście optycznie, dla kogoś kto nie zna tego rozdziału tragicznej historii będzie ich sporo. Jak natomiast mogły wyglądać ów masowe zabójstwa możemy zobaczyć na przykładzie jednej z wymienionych przez prezes Tućką wsi. Pechowo się dla niej składa, że autor niniejszego tekstu miał możność widzenia dokumentów rzeszowskiego IPN-u i innych źródeł informacji dotyczących Kuryłówki. Dotyka to problemu oddziału Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, znienawidzonego przez ZUwP, za bezwzględne tępienie UPA, co przejawiało się nawet w krwawym odwecie za mord na cywilnej ludności polskiej na ludności cywilnej ukraińskiej, we wsi Piskorowice. Pomimo to trudno porównywać Zadzierskiego do UPA, ponieważ nawet źródło wydane przez ZUwP informuje, że jego ludzie nie zabili wszystkich, których mieli w zasięgu ręki (łącznie z opryskliwie zachowującymi się wobec członków oddziału dziećmi).

Wydarzeń we wsi Kuryłówka było kilka. Pierwsza sprawa dotyczy spalenia, z inicjatywy policji ukraińskiej w służbie niemieckiej, w Kuryłówce domu matki, samotnie wychowującej dzieci, narodowości polskiej. Policja ukraińska, powiązana z OUN-UPA realizowała m.in. w tej wsi program depolonizacji. Na utrzymanie tej wielodzietnej rodziny pracował najstarszy syn, w momencie śmierci ojca, 15-latek Michał Krupa. Kilka lat później w 1942 roku podczas jego nieobecności, Ukrainiec z tej samej wsi, policjant, sprowadził Niemców i bez powodu, pod jakimś pretekstem spalił dom. Ledwo wiążąca koniec z końcem rodzina zdołała uciec, lecz straciła dorobek całego życia. Zrozpaczony Michał, wówczas 22-letni, widząc zgliszcza domu, na który ciężko pracował, w szale poszedł do funkcjonariusza nazistowskiej policji i zarąbał go siekierą. Dopiero po tym wydarzeniu, gdy musiał się ukrywać, los związał go z „Wołyniakiem”. Wcześniej nie miał czasu na partyzantkę, ponieważ zajmował się wyłącznie pracowaniem na wyżywienie swojej matki i młodszego rodzeństwa. Do Niemców donosiła również macocha ukraińskiego policjanta Maria Kuryło. Gdy stała się także oczami UPA, mordującej mieszkańców okolicznych wsi w marcu 1945, Michał dostał rozkaz by ją zastrzelić, co wykonał. 19 marca 1945, czekająca w Kulnie na transport ekspatriacyjny ludność ukraińska z Kuryłówki wpadła na pomysł by wrócić i podpalić, wedle jednej wersji, swoje gospodarstwa (prawdopodobnie oczekując jednocześnie osiedlenia w majątku popolskim za kordonem). Namówili do tego ochraniających ich Sowietów, którzy ich zawieźli i uczestniczyli w tym procederze. To wersja pierwsza. Wedle drugiej, napastnicy palili wszystkie gospodarstwa, niezależnie czy polskie czy poukraińskie. Jedno jest pewne: zdążyli zabić kilkoro polskich mieszkańców. Interweniował natychmiast oddział „Wołyniaka”, pokonując napastników i ścigając ich. Jeszcze w maju tego roku pacyfikowali wioskę Sowieci. Warto podkreślić, że w Kuryłówce, w tym samym miesiącu, miała miejsce największa bitwa między żołnierzami wyklętymi a siłami sowieckimi. To tylko bardzo ogólnikowe opowiadanie na podstawie posiadanych przeze mnie informacji(1) , jednak może rzucać podejrzenie, że członkowie ZUwP są w stanie naginać fakty.

Pełna hipokryzji jest wypowiedź Marii Tućkiej: A jeśli tylko jedna strona mówi o ofiarach – i to tylko o swoich – to ona nie sprzyja tej sprawie, a wywołuje zwiększenie braku zaufania i poczucia krzywdy drugiej strony.. Wymienia bowiem ona cały czas tylko nazwy wiosek, w których ofiarą padli Ukraińcy. Pojęcie zbrodni UPA pada raz, tylko w kontekście krytyki mówienia o nich w telewizji – w momencie pokazywania uroczystości w Pawłokomie (sic!) i jest ujęte w cudzysłów… Tak właśnie wygląda obiektywność ZUwP. "Cenna" jest także relacja innego członka ZUwP Stepana Bodnara, który informuje o usłużnych wobec ukraińskiego związku wypowiedziach sekretarza ROPWiM. Na ile odpowiada to prawdzie oraz czy słowa Kunerta zostały zmanipulowane trudno na razie powiedzieć. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie by sekretarz ROPWiM miał zamiar gloryfikować nazistowskich zbrodniarzy z UPA. Cały materiał prezentujemy w załączniku pod spodem. Wielu Kresowian czasami słusznie, czasami nie krytykowało Ś.P. Andrzeja Przewoźnika, ale w tym kontekście chyba wszyscy kresowianie zgodzą się ze mną, gdy zakończę słowami ks. Twardowskiego: Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

Stanisław Aleksandrowicz

(1) Zainteresowanym autor poleca lekturę teczki IPN – Rz – 107 – 1613 T 1,2,3, lektury książek Dionizego Garbacza, m.in. Żołnierze Wołyniaka (Stalowa Wola 1999). Zastrzega także, że nie odkopuje także dokładnych namiarów ponieważ nie jest tu jego zamiarem pisanie w tym wypadku artykułu ściśle naukowego, ze względu na nieproporcjonalny w tym wypadku nakład pracy. Autor posiada ponadto informacje od siostrzeńca Michała Krupy.

„Nasze Słowo”, 29.VIII.2010, s. 7 (tłum. z ukr.)

Co Kunert da Ukraińcom?

W Urzędzie Wojewódzkim w Rzeszowie 9 lipca odbyło się konsultacyjne spotkanie nowomianowanego sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Kunertem z działaczami Oddziałów przemyskiego i sanockiego Związku Ukraińców w Polsce: Marią Biłas, Marią Tućką, Marią Jarą, Julianem Bakiem, Stepanem Bodnarem i Jarosławem Leśkowem. Oprócz nich, udział wzięli pracownicy Rzeszowskiego Oddziału IPN, przedstawiciele polskich społecznych organizacji z terenów Podkarpacia. Spotkanie było ważne choćby ze względu na to, że było czy nie pierwszym w przeciągu niemal 15 lat. A. Przewoźnik nie uważał za stosowne rozwiązać problem pamięci i formy dialogu z polskimi obywatelami ukraińskiej narodowości – z powodu tego, że są Ukraińcami.

Rozmowa z Marią Tućką, przewodniczącą zarządu przemyskiego Oddziału Zw.Ukr. w Polsce

Jakie było stanowisko zarządu przemyskiego, które przedstawiliście podczas spotkania z sekretarzem A. Kunertem w Rzeszowie odnośnie problemu ukraińskiej pamięci w Polsce?

W swoim słowie wstępnym ja w pierwszej kolejności podziękowałam nowemu sekretarzowi generalnemu Rady Pamięci Walk i Męczeństwa A. Kunertowi za jego inicjatywę takiego spotkania (podkr. tłum.). Wyraziłam też nadzieję – w imieniu ukraińskiej społeczności w Polsce – że to spotkanie będzie symbolizować odejście tej instytucji od dotychczasowej praktyki całkowitego ignorowania naszych starań co do uwiecznienia prawie 10 tysięcy ukraińskich ofiar, głównie cywilnych ofiar, w rezultacie antyukraińskich operacji i masowych zabójstw na tzw. Zakerzonii w latach 1943-1947.
Przykładem takiego negatywnego stosunku tej instytucji do ukraińskiej pamięci była 12-letnia epopeja walki Jewdoki Fil o upamiętnienie ofiar w Gorajcu. Ta sprawa zakończona postawieniem pomnika, ale pani Fil, niestety, tego momentu już nie doczekała.
Wyraziłam też nadzieję na odpowiednie uszanowanie poległych na tej ziemi żołnierzy UPA, tak samo, jak i żołnierzy innych armii, którzy zginęli w bojach na terytorium Polski.
Wprawdzie odnośnie tych spraw była podpisana międzynarodowa umowa między Polską i Ukrainą w 1994 r.: mimo to z 44 zaplanowanych w niej upamiętnień odbudowano tylko cmentarz i postawiono pomnik w Pawłokomie. Okazało się, że państwo ukraińskie nie było w stanie zrobić więcej, szczególnie bez wsparcia i pomocy ze strony naszej społeczności. Z naszej inicjatywy z wielkimi wysiłkami udało się postawić czy pomieścić znaki pamięci w Jaworznie, Piskorowicach, Werchracie-Monastyrze (dzięki zmarłemu już Dymitrowi Bohuszowi), Zawadce Mochorowskiej.
Spodziewam się, że od teraz sprawy te pójdą lepiej. Nadzieję daje, z jednej strony podpisany 2 czerwca 2010 w Warszawie protokół odnośnie następnych działań wynikających z umowy między rządem Polski i Ukrainy z 21 marca 1994, a z drugiej strony oczekiwana zmiana stosunku ROPWiM do naszych inicjatyw w tym planie. Mam nadzieję, że wspólnie uda się nam podołać wszystkie rozbieżności i efektywnie działać dla sprawiedliwego rozwiązania wszystkich tych bolących problemów.
Zwróciłam także uwagę na negatywne efekty realizowanej w Polsce tzw. „polityki historycznej”, której skutkiem jest ostra antyukraińska propaganda i retoryka, szczególnie w środkach masowej informacji. Przypominam, że nawet podczas odsłonięcia pomnika w Pawłokomie polska telewizja publiczna mówiła i pokazywała zasadniczo tylko „zbrodnie UPA”. Widzowie mieli wrażenie, że zabijali Ukraińcy, a nie Ukraińców. A kto w Polsce wie o masowych zbrodniach w Dąbrowicy Wielkiej, Słobodzie, Jaworniku Ruskim, Piątkowej, Cieplicach, Łubni, Kuryłówce, Skopowie, Starym i Nowym Lublińcu, Gorajcu, Bachowie, Siwczynie, Berezce, Małkowiczach i wielu innych miejscowościach. Często nie ma ludzi, którzy mogliby stanąć za pamięcią i prawdą o tych ofiarach. Dlatego ten obowiązek ma wziąć na siebie ZUwP. Pamięć o ofiarach z jednej i drugiej strony daje nadzieję na rzeczywiste pojednanie. A jeśli tylko jedna strona mówi o ofiarach – i to tylko o swoich – to ona nie sprzyja tej sprawie, a wywołuje zwiększenie braku zaufania i poczucia krzywdy drugiej strony.
Powinniśmy dążyć, żeby problem „czyja prawda? czyja krzywda?” w polsko-ukraińskim konflikcie na Chełmszczyźnie, w Lubaczowskiem, Nadsaniu, Bojkowszczyźnie i Łemkowszczyźnie, nareszcie ujrzał światło dzienne. Dlatego ta sprawa jest ważna.
Oddzielną sprawą są odnowienia cmentarzy, na których spoczywają żołnierze sojuszniczej dla Polski armii UNR: w Pikulicach, Łańcucie, Lublinie, Kaliszu, Strzałkowie, Aleksandrowie Kujawskim, Krakowie i tym podobne. Co do tego spodziewamy się pełnego zrozumienia i współdziałania państwowych struktur z obu stron.

Kunert zaprosił Was na robocze spotkanie w Warszawie. Czego ona ma dotyczyć i kiedy zbieracie się w stolicy?

Zaproszenie na spotkanie w Warszawie świadczy o tym, że nowy sekretarz ROPWiM poważnie ustosunkował się do problemu, jaki postawiliśmy, i rzeczywiście uznaje nas za partnerów i podmiot w działalności Rady. Mamy nadzieję, że rozmowy w stolicy będą już nie o zasadzie, ale o konkretnych działaniach i staraniach odnośnie do wyznaczenia w publicznej przestrzeni miejsca dla ukraińskich upamiętnień i wspólnej polsko-ukraińskiej pamięci. Zobaczymy, jaki będzie stosunek do Gorajca i po Gorajcu. Data spotkania w Warszawie nie jest jeszcze ustalona.

Rozmowa ze Stepanem Bodnarem, członkiem zarządu przemyskiego Oddziału ZuwP

Co, Waszym zdaniem, przyniosło spotkanie z A.Kunertem?

To spotkanie przyniosło wiele interesującego w sferze rozumienia problemu ukraińskiej pamięci w Polsce. A. Kunert poważnie ustosunkował się do tego problemu, starając się, jak mi się wydaje, wytyczyć nowy kierunek. Ważne, że on widzi potrzebę ścisłej współpracy między Ukraińcami w Polsce, szczególnie ZuwP, a jego urzędem, pragnąc układać ją w duchu partnerskim.

Współpraca – tak, ale na jakich zasadach?

Te zasady, póki co niewiadome, ale dla ich wypracowania ważne jest i to, co powiedział wcześniej, jak i kluczowe słowa samego Kunerta: „historyczna prawda”, „pamięć”, „pojednanie”. Oprócz tych słów, on użył jeszcze takie sformułowania: „stać na głowie, żeby zrozumieć argumenty ukraińskiej mniejszości w Polsce”, „minimalizować pole konfliktów”, „zmienić kierunek myślenia i działalności”, „nasz psi obowiązek – pamiętać o wszystkich obywatelach państwa, w tej liczbie o bojownikach” – jak myślę w ostatnim wypadku chodziło o wojaków UPA. Wcześniej takich słów od sekretarza ROPWiM nie słyszeliśmy. To ważne słowa, szczególnie w kontekście negatywnego stosunku samorządowych struktur w miejscach do samej idei ukraińskich upamiętnień (a co mówić już o praktyce). A. Kunert pokazał także etatowym pracownikom rzeszowskiego oddziału IPN, jak trzeba ustosunkować się do pamięci Ukraińców-obywateli Polski, być może dlatego, że ci pracownicy kierują się politycznymi i nacjonalistycznymi zasadami, którym daleko do obywatelskiej postawy Kunerta.

Na co dziś pozwala się Ukraińcom i ZuwP w sferze zachowania naszej pamięci i walki o prawo dno niej?

Kunert powiedział, że pamięć jest niezbędna wszystkim – i my także mamy do niej prawo. Przed ukraińskimi organizacjami, nie tylko ZUwP, stoją konkretne zadania.

Bohdan Huk

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626654
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)