23 lutego 2019 AKTUALNOŚCI W MEDIACH PUBLICYSTYKA Redakcja
IMPREZY PUBLIKACJE LITERATURA MULTIMEDIA GALERIA
Lista artykułów
2010-03-17
Jarosław Hrycak znów błądzi
Wielu Kresowian sądzi, że w swoim ostatnim tekście ukraiński historyk pokazał prawdziwą twarz, zaś jego politycznie giętkie osądy są nie tylko naiwne, ale także antypolskie i niemoralne.
Fot. Zaxid, wikimedia
Ukraiński wykładowca chciał skrytykować eurodeputowanych za potępienie przez nich decyzji o uhonorowaniu antypolskiego zbrodniarza i lidera ludobójczej organizacji Stefana Bandery tytułem bohatera Ukrainy. Jednak jego możliwości skomplikowanych manewrów w celu uzasadnień podobnej krytyki nie są wielkie, ponieważ nie tylko się to nie udało, ale wręcz ukazało historyka jako niepoważnego.
 Prędzej czy później musiało dojść do konfrontacji wartości europejskich i banderowskich, było to nieuniknione. Dlaczego jednak Hrycak broni zarówno przegranej, jak i niesłusznej sprawy? Chyba niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. Po każdym fragmencie napisanego przez ukraińskiego autora tekstu dodajemy własny komentarz:

Hrycak o kulcie zbrodniczej tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii:Są i powinni istnieć "niewygodni bohaterowie", którzy wymykają się monopolistycznej wizji przeszłości. I "małe" narody mają prawo do nich, dopóki nie oddają czci tym bohaterom jako symbolom przemocy wobec innych narodów, ale jako symbolom oporu w walce o własne przetrwanie i własną godność. W przypadku Bandery sprawa nie polega na tym, czy był, czy też nie był faszystą - chodzi o to, czy większość ludzi, którzy mu oddają cześć, czci go jako faszystę?

Oczywiście tutaj Hrycak próbuje zamazać różnicę między kwestią - posłużmy się przykładem - kultywowania np. przez Niemców Otto von Bismarcka i Adolfa Hitlera. My Polacy możemy się zżymać i złościć na kwestię upamiętniania i kultywowania Bismarcka przez sąsiadów. Nie lubiliśmy go bardzo i w tym samym stopniu nie lubimy jego wychwalania. On nas też nie trawił. Był niewątpliwie antypolski. Ale na tym koniec. Kultywowanie jego pamięci nie wzbudza protestów, bo choć to zaborca, nie był zbrodniarzem, a my Polacy jesteśmy zobowiązani szanować inny punk widzenia. Zjednoczył Niemcy krwią i żelazem, na nasze nieszczęście („przykręcił nam śrubę”) i niestety, ale takie było jego prawo, a Niemcy mają niezaprzeczalne prawo to świętować.

Oczywiście moglibyśmy sobie życzyć, by zjednoczonymi Niemcami rządzili królowie sascy, nie pruscy, bo to byli dla nas inni Niemcy, ale cóż - nie jest to do końca nasza sprawa. Na tej samej zasadzie Polacy akceptują ukraiński kult Strzelców Siczowych. Możemy dowodzić, że toczyli bezsensowną walkę, ale to były ich poglądy, ich punkt widzenia, ich ludzkie prawo, by go posiadać, nawet jeśli naszym zdaniem cechował się naiwnością (nota bene ukraińscy nacjonaliści nie rozumieją tego analogicznie i dlatego nie pozwalają na pełną odbudowę Cmentarza Obrońców Lwowa ku czci lwowskich Orląt).

Sprzeciwiać się jednak kultowi Adolfa Hitlera musimy, bo to zbrodniarz i przekroczył granice nie tyle walką z Polakami, ile z człowiekiem i człowieczeństwem jako takim. Wbrew słowom Hrycaka, który próbuje się w tym momencie asekurować, pisząc, że właśnie „małe” narody mają do tego prawo (Niemcy to przecież „duży” naród). Zarówno małe, jak i duże narody mają i mieć powinny takie same prawa. Nacjonaliści ukraińscy nie powinni posiadać prawnych możliwości wynoszenia na piedestały swojego „Hitlerka”. Teoria Hrycaka, mówiąca, że jeśli zbrodniarz nie będzie kultywowany jako zbrodniarz to jest to porządku, jawi się nie tylko jako podkuta od podstaw - jest kłamstwem i fałszem. Na charakterystyczną cechę tej teorii wybija się po prostu jej śmieszność.

Oczywiście nie narobi się dużo szkody, jeśli parobka przerzucającego gnój przy świniach wspomina się jako cukiernika. Wtedy możemy jedynie popukać się w głowę, uśmiechnąć, a w końcu zapomnieć o tym (bo przecież cukierni na wsi nie było…i nikogo odpowiedniejszego nie ma - to nawiązanie do poglądu politycznie poprawnych osób, że prócz UPA Ukraińcy nie mają innych bohaterów. Tym samym tacy ludzie poniżają Ukraińców i za takich Polaków może być nam wstyd.). Co innego, gdyby wynosiło się na piedestały w akademiach medycznych Kubę Rozpruwacza, ponieważ patroszył wnętrzności ofiar z precyzją najlepszego z chirurgów, jak żaden inny dotąd. Chyba byłoby to trochę szkodliwe i mogłoby zwiększyć liczbę ludzi, chcących praktykować w ten sposób za wszelką cenę. Wszak Rozpruwacza, tak jak Bandery, nikt nigdy pod sąd nie sprowadził, by pokazać, że tego typu postępowanie się nie opłaca. Ach te rozterki Jarosława Hrycaka, jak podejść do Bandery… Czy rzeczywiście nie wiadomo, jak na niego patrzeć i z której strony na niego spojrzeć? Tak to jest z trudnymi problemami, ale dywagacje Hrycaka w sprawie podejścia do zbrodniarza przypominają pomysł zaprowadzenia czyjejś żony do okulisty zamiast do ginekologa. To problemu może nie rozwiązać, choć faktycznie obaj to lekarze. Dlatego jeśli rzeczywiście kocha tak bardzo społeczeństwo ukraińskie, powinien chcieć jego dobra w dłuższej perspektywie. To dobro nie jest tożsame z podejmowaniem wyłącznie łatwiejszych i przyjemniejszych decyzji oraz mówieniem, że wszystko jest w porządku.

Nawiązując też do rozgrzeszania UPA specjalnie dla profesora Hrycaka oraz jego wyrozumiałości dla tej formacji przypomnę porównanie profesora Wieczorkiewicza i spróbuję posiłkować się jeszcze innym przykładem. Polski historyk w kontekście rozmowy o UPA porównał milczenie o zbrodniach jej członków do trzymania śmierdzącego trupa w szafie. Dodam od siebie, że jeśli noworodek narobi w pieluchę, to trzeba ją zmienić, a nie wycierać mu buźkę pachnącą chusteczką i udawać, że wszystko w porządku. Może lepiej i łatwiej zmienić bohaterów, niż udawać, że nie cuchną i podkreślać na każdym kroku, że można przejść nad tym do porządku dziennego, ponieważ to bohaterowie.

Bogdan Czerwak w swoim komentarzu do rezolucji Parlamentu Europejskiego ( „Ukraińska Prawda”, 3 marca 2010). Pisze: „W ostatnich latach Polacy nieustannie powtarzali, że byli i pozostają „europejskim adwokatem Ukrainy. Teraz już wiemy – kłamali”. Myślę, że to Czerwak jest przewrotny. Ponieważ czyż jest tak krótkowzroczny, aby nie widzieć i nie rozumieć, że Polacy są różni – są Polacy z „Radia Maryja” i są Polacy z „Gazety Wyborczej”, Polacy – kresowianie i Polacy ukrainofile itp. Itp.

Ja myślę, że nie w tym problem. Pan Czerwak najwyraźniej myli obowiązki zmęczonego już adwokata z obowiązkami superniani dla rozwydrzonego dziecka, które uważa, że mu się wszystko należy i na swych dobroczyńców może pluć oraz sikać, wszak oni tak czy inaczej mają obowiązek pozostać dobrzy. Polska jest jednak adwokatem Ukrainy, nie małej rozwydrzonej banderowskiej latorośli. Jeśli zaś ta ostatnia Ukrainę zmonopolizuje, adwokat ma prawo także przemyśleć konsekwencje dalszej pracy dla siebie. Polska zatem, by być dobrym adwokatem, nie może wg pana Czerwaka wykonywać ruchu we własnym interesie. Warunki stawiane przez klienta nie zawsze muszą odpowiadać adwokatowi, nawet, jeśli pracuje społecznie.

W pojednaniu kluczowa jest obecność "liderów" i "rewizjonistów" - tych, którzy kwestionują partykularne prawdy z powodów moralnych, naukowych i politycznych. Ukraińsko-polskie porozumienia na początku lat 2000-tych dotyczące cmentarza Orląt i Wołynia byłyby niemożliwe, gdyby nie było wspólnych i zaplanowanych działań, takich "liderów" wśród Polaków i Ukraińców. Mówię z własnego doświadczenia: w wielu przypadkach, nasi polscy koledzy ostrzegali nas o nowych atakach przygotowywanych przez polskich kresowiaków - i wspólnie podejmowaliśmy decyzję, jak im się przeciwstawić.

To bardzo wymowne, że Hrycak w ostatnim zdaniu niechcący naświetlił, że obawy Kresowiaków dotyczące pewnych osób i politycznie poprawnych środowisk polskich (?) nie były paranoidalne.

Prawdziwa linia podziału nie leży między Polakami i Ukraińcami, lecz pomiędzy tymi Polakami i Ukraińcami, którzy chcą pojednania - z jednej strony- oraz tymi Polakami i Ukraińcami, którzy do pojednania nie są gotowi - z drugiej. Ci ostatni pojednania boją się jak ognia, ponieważ ich moc żywi się nienawiścią drugiej strony. Istnieje coś takiego jak nacjonalistyczna międzynarodówka różnych krajów, którzy nienawidzą się wzajemnie, ale nie mogą żyć bez siebie.

Ale oczywiście z takiej międzynarodówki nacjonalistycznej Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów może być czczona przez „małe” narody. Czy nie właśnie o to postuluje profesor Hrycak? OUN niewątpliwie żywił się nienawiścią przed wojną dokonując zamachów na osoby, które stały się przyjaciółmi Ukraińców. Jednakowoż właśnie OUN i Bandera z tej międzynarodówki nacjonalistycznej negatywnie osądzony być nie może. Prawdziwa linia podziału rzeczywiście nie leży między Polakami a Ukraińcami, lecz między ukraińskimi nacjonalistami, a resztą Ukraińców, Polaków i innych narodów.

Zainicjowana przez polskich europosłów rezolucja Parlamentu Europejskigo jest im na rękę - zarówno w Warszawie i w Moskwie, jak w Kijowie i we Lwowie. Tymczasem mocno ogranicza to swobodę manewru dla tych, którzy zabiegają o polsko-ukraińskie pojednanie.

Od lat już słyszymy patetyczne zawodzenie i straszenie banderowców lub ich polskich popleczników, komu to są na rękę uchwały, imprezy, inicjatywy, które im są nie na rękę. Straszą różnymi, trzecimi siłami oraz spiskowymi teoriami, dochodząc nawet do wniosków, że Prymas Stefan Wyszyński, który podziałał im nie na rękę, był agentem sowieckim. Czyta się więc lub słyszy dużo czarniejsze wizje, niż tu snuje Hrycak, który „Moskwą” ubarwił Warszawę, nasz ukochany Lwów, a nawet Kijów. Szału więc nie zrobił, a powtarza to, co można było czytać już na łamach Wyborczej. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie chodzi tu o starą goebelsowską zasadę o kłamstwie powtórzonym tysiąc razy, które poprzez to dla opinii publicznej staje się prawdą. A ukraińscy nacjonaliści, jak pisze Timothy Synder z niemieckich wzorców czerpali obficie.

Czy polscy europosłowie przewidzieli taką reakcję, nie wiem. Ale od polskich kolegów na temat rezolucji Parlamentu Europejskiego usłyszałem jedną opinię: to było gorsze niż zbrodnia, to była nieprawdopodobna głupota.

Cóż za kolega mógł Hrycakowi coś takiego powiedzieć jest kwestią niezwykle ciekawą. Kresowianie takich Polaków, o ile wierzyć, że to rzeczywiście Polak, zwykli nazywać „pożytecznymi idiotami”. Otóż ów znajomy z jednej strony zaprotestował przeciwko jednoznacznemu patrzeniu na Stefana Banderę. Ten ostatni pełnił rolę współautora zamachów na ludzi, chcących przed wojną polsko-ukraińskiego pojednania. To niezaprzeczalny fakt. Weźmy nawet pod uwagę hipotetyczną sytuację, że bylibyśmy zwolennikami relatywizowania zabójstw tych osób, dla jakichś tam subiektywnie pożytecznych celów (abstrahując od strony moralnej takiej postawy oczywiście). Mówilibyśmy, że pomimo wszystko Bandera miał i dobre strony, trzeba go zrozumieć i uskutecznialibyśmy tego typu paplaninę. Oczywiście będziemy unikać z jasnych powodów słowa „zbrodniarz”. Wydaje się jednak, że w tym kontekście „odważne”, jednoznaczne nazywanie rezolucji przeciwko temu człowiekowi zbrodnią lub nawet czymś gorszym niż zbrodnia jest już nawet nie tyle głupotą, rażącą niekonsekwencją, co jakąś odmianą choroby psychicznej. Nie ma co bezskutecznie rozwodzić się w odniesieniu do tego wątku nad dowodzeniem jakiejś nieobiektywności owego kolegi, kiedy jest to zbyteczne.

Gdzież był ten wspaniały anonimowy przyjaciel, gdy wmurowywano popiersie Tarasa Czuprynki znienawidzonego przez Polaków w ścianę polskiej szkoły we Lwowie? I czy to nazywał zbrodnią? Jasne, że nie. A gdzież był wielki przyjaciel Polaków Jarosław Hrycak? Prezentowane przez nas fragmenty artykułu są zaledwie jego częścią. Zachęcamy do przeczytania całości.

Aleksander Szycht

http://www.zaxid.net/article/60958/
Dostęp: 17.03.2010

<< wstecz
Liczba odwiedzin: 626582
projekt i idea : Aleksander Szycht & przyjaciele; wykonanie i obsługa inTARnet.pl; kontakt z redakcją: (kliknij tutaj)